poniedziałek, 23 czerwca 2014

Taki support

Naprawdę, tej ilości emocji się nie spodziewałem. Ja przecież nie pojechałem w Karkonosze startować, tylko wspierać i kibicować a wyszła jazda bez trzymanki, zwłaszcza mentalnie. 

Do piątku byłem jeszcze spokojny - nawet w Zamku Czocha, gdy zaczynała się odprawa dla zawodników, cierpliwie czekałem na swoją kolej. Wychodzących z sali Bo i Krasusa widziałem wyraźnie z daleka, ich oczy mówiły chyba wszystko co przeżywali.

Po odprawie dla supportów śmigamy do naszej kwatery. Jest naprawdę późno, a nowych wiadomości jest tyle, że może zejść do rana na przygotowaniach. Najważniejsze to dobry plan. Pakowanie roweru, pakowanie rzeczy do T1 i T2. Pakowanie rzeczy na P1 i P2 (tak nazwaliśmy miejsca w których spotkamy się z zawodnikami na trasie rowerowej). Nawigacja, oklejenie samochodu, prognoza pogody, jedzenie, napoje, rzeczy na bieg, rzeczy na przebranie, kolejność żeli no i plan "B". Wszystko robiliśmy wspólnie (poza oklejaniem :) - ja musiałem wiedzieć wszystko. Tyle tego, że o 0:22 jeszcze nie spałem, a czas uciekał. 

Ranek zaskoczył mnie nagle. Otwieram oczy, coś przeraźliwie wyje. Podnoszę się szybko na łóżku, gdzie ja do cholery jestem?!? To Garmin i telefon jednocześnie zrywają mnie do boju - jest sobota 21 czerwca 2014, godzina 4:30 rano. Wstajemy. Idzie dobrze, wszystko w tempie, każdy wie co ma robić, nawet przed łazienką się nie zderzamy - to też ustalone wcześniej. Startujemy 4 minuty po czasie ale tym się nie martwię, wiem, że mamy zapas. Serce bije coraz szybciej, aż boję się pomyśleć co przezywają zawodnicy. Docieramy do Czochy, jest strasznie zimno. Ostatnie ustalenia w T1, idziemy nad wodę i tu się rozstajemy. 

Wszyscy czekają na start, już nie ma odwrotu. Stresuję się strasznie. Nie wracam myślami do ustaleń, nie mam już żadnych wątpliwości. Jakoś dziwnie nie martwię się też o wynik, więc skąd ten stres? Cholera wie. Zaczynają wyczytywać zawodników a ja znajduję miejsce do kibicowania na starcie. Najlepsze jakie może być - w przycumowanej łodzi na linii startu :-)

Wystartowali. Poranne słońce tylko muska ciepłymi barwami wyciągane nad wodę ramiona przy kraulu. Ależ oni mkną. Podziwiam wszystkich, aż nie znikną za zakrętem. Teraz pozostaje czekać. Czas biegnie powoli, strasznie powoli. Minuty dłużą się w oczekiwaniu - napięcie wcale nie ustępuje - kiedy oni wrócą? Mija 35 minut, gdzie oni są?!? Wreszcie przypływają pierwsi. Jeszcze chwila i pojawiają się Bo z Krasusem - praktycznie równo, czepek w czepek. Buty i biegniemy razem ostro pod górę do T1. Wszystko odbywa się bez słów - jak automaty, przez 3m:59s.

Zawodnicy wyjeżdżają z zamku na trasę w prawo, a my w lewo, do samochodów i jazda do P1. Zaprogramowana nawigacja prowadzi nas pewnie na drogę za Świeradowem w kierunku Szklarskiej Poręby. Jesteśmy jednymi z pierwszych - nawet tu jest rywalizacja o miejsca. Zakładam umówioną kurtkę w kolorze niebieskim i czekam. Justyna, Magda i Jędrzej także. Jest czas by coś wreszcie zjeść. Liczymy zawodników i zawodniczki. Gdzie nasi? Wreszcie nadchodzi ta chwila - są. Krasus pierwszy, mówi że ciężko a Bo się tylko uśmiecha - jestem już trochę spokojniejszy. Przerwa w jeździe i zmiana bidonów trwa dosłownie 5 sekund i lecimy dalej. Nie ma czasu na nic innego - oni tak mkną na tych rowerach, że trzeba się nieźle spinać samochodami.

Bezbłędnie trafiamy do P2, jesteśmy w czołówce. Zajmujemy najlepsze miejsca i znów czekamy. Nadal jest zimno i wieje wiatr. Jak na razie plan się sprawdza w 100% - staję się coraz bardziej spokojny. Wyliczam czasy dojazdu obu zawodników. Idealnie. Krasus pierwszy, prawie co do sekundy melduje się w P2. Chwilę później Bo, nawet się nie zatrzymuje!

Kolejny etap za nami. Zdejmuję szybko wszystkie ciepłe rzeczy i daję Justynie - ona zabierze je na Śnieżkę. Dalej jadę już sam. Emocje zastąpiły stres. Albo odwrotnie? Sam już nie wiem z wrażenia. 

Docieram do T2 i rozkładam rzeczy na bieg. Mamy dwa komplety bo puściłem jeden przez organizatorów - to był plan "B" gdybym nie dotarł na czas. Swoje mam już na sobie tak jak i plecak z napojami, żelami i ciuchami na metę. Robię rozgrzewkę i czekam w niepewności. Wracam do strefy zmian upewnić się, że wszystko jest na miejscu. Robię to jeszcze chyba 4 razy! Garmin w gotowości. Adrenalina już się ze mnie wylewa.

Wreszcie możemy biec. Strategia ustalona dwa tygodnie wcześniej - nadeszła pora na realizację! Emocje sięgają zenitu ale wiem, że muszę mieć teraz chłodną głowę, bo nie będzie drugiego podejścia jak przegniemy. Jest dobrze, współpracujemy od samego początku :-) Wystarczy, że "zaciągam" hamulec i trzymamy rytm. Pogoda rewelacyjna, wszystko sprzyja a ja mogę spokojnie pilnować biegu. 

Pierwsze dwa kilometry to podbieg, który robimy spokojnym tempem w okolicy 6:00 min/km. Potem ruszamy do przodu i kolejne dwa kilometry zbiegu w tempie 4:01 min/km - wiecie co to znaczy po 2,8km pływania i 90km na rowerze po górach? Chyba idealnie pasuje tutaj motywator z asfaltu: "...a teraz nowy ogień z dupy". Jeśli nie pokonaliście Triatlonu X-treme, nigdy się nie dowiecie a ja mogę się tylko domyślać. 

Dalej już nie będzie tak prosto ale umawiamy się - za każdego miniętego do mety zawodnika pijemy piwo! Nie przechodzimy do marszu jeśli nie trzeba (na palcach jednej ręki można policzyć te odcinki) a humor nas nie opuszcza nawet na podejściu do Odrodzenia. Nawadnianie i odżywianie nie sprawia kłopotu - wszystko robimy w biegu. Bezbłędnie sięgam na swoje plecy po żele, izo czy wodę, których rozkładu, w plecaku, nauczyłem się na pamięć. Swoje mam w kieszonce spodni ;-)

Od Odrodzenia wiedzie stromy kawałek szlaku, który pokonujemy nadzwyczaj sprawnie i zaczynamy przyspieszać. Już nie rozmawiamy. Trzeba mocno uważać i patrzeć pod nogi. Luźne kamienie na szlaku mogą być zdradliwe. Biegnę pierwszy torując drogę wśród ludzi. Pojawiają się turyści w pelerynach i zaczyna mocno padać. Wyciągam kurtkę z plecaka a sam zakładam tylko czapkę. Dozbrojeni śmigamy dalej. Tempo cały czas wzrasta i na dwudziestym kilometrze Garmin melduje tempo 5:31 min/km z ostatniego kilometra. Jesteśmy przy Domu Śląskim. Słychać gorący doping a na liczniku piw pojawia się cyfra 9.

Przed nami Śnieżka, której szczyt chowa się w chmurach tak skutecznie, że nie widać nawet schroniska. To już ostatni etap trasy. Spinamy pośladki. Wiem, że pływanie, rower oraz 20km biegu zrobiły swoje i teraz naprawdę zaboli. W głowie przelatują mi scenariusze. Mam niesamowity mętlik. Co ja mam robić jak nie da rady? Co mówić? Może prosić albo szarpać na górę? Skąd ja mam to wiedzieć? "Wynocha mi z tymi myślami" - jak mogę wątpić, ja tu wspierać mam! Zabieramy się do roboty - najważniejsze, że nadal razem. Turyści atakują z góry a tych wchodzących po prostu wyprzedzamy - głośne "przepraszam" zazwyczaj pomaga. Co chwilę sprawdzam nastroje. Czuję, że nie ma żartów. Wreszcie widzę, w górze, taki mały krzyż - to tuż przed metą. Obiecuję, że to już końcówka - bez odzewu... 

Docieramy na górę. Niewiele widać we mgle. Drę się w amoku do ludzi: "gdzie meta, gdzie jest meta?!" Okazuje się, że to już! Nie ma bramy, nie ma zegara a medal jest drewniany i wisi już na jej szyi. Ludzie rzucają się na nią z gratulacjami, nie mogę tego opanować... widzę ogólny wybuch euforii, wszyscy szaleją ze szczęścia. Mijają metę kolejni zawodnicy a my wchodzimy do schroniska. Dopiero tam wpadamy sobie w ramiona, z gratulacjami. Jest Justyna, Magda, Krasus i Jędrzej - wszyscy są dumni z Bo, łącznie ze mną.

A licznik piw? Wskazuje 13! - nawet całą ekipą nie damy rady ;-) Zdjęcia? Będą! Nawet i film będzie. Wszystko po publikacji relacji na blogach Bo i Krasusa.

środa, 11 czerwca 2014

Moja "Marduła"

Widok z Koziego Wierchu na trasę fot. Wybiegany
Normalnie mam mętlik w głowie.

Co tu nabazgrać aby zostać zrozumianym i przekazać choć część wrażeń z Biegu im. dh Franciszka Marduły 2014? 

Emocji tyle, że wystarczy na zwykłych 5 maratonów albo i więcej, pomimo tego, że bieg już dawno się zakończył a uda przestały dawać się we znaki.

Może tradycyjnie zacznę od samego początku...


Wiadomo, zapisy były - ale tylko 9 minut bo skończyły się miejsca na liście startowej. Zdążyliśmy na szczęście całą ekipą (Bo i Krasus). Potem zaczęły się marzenia. O biegu w górach, o wysiłku na podejściach, o pięknej pogodzie, o załamaniach pogody, o super atmosferze, o starcie z Krupówek, o wszystkim tym co jara mnie w Tatrach. Chłód lasu, wilgoć kamieni, cień drzew, wschodzące nad szczytami Orlej Perci słońce, białe połacie śniegu, szum strumieni, karkołomne zbiegi i wyciskające z nóg ogień podejścia, miejsca w które od 23 lat wracam z tą samą ekscytacją. Do tego ponad trzy setki takich jak ja i jedyna niepowtarzalna ekipa Smashing Pąpkins - wyobrażałem to sobie za każdym razem gdy tylko napotykałem w głowie słowo "Marduła". 

Żadnych oczekiwań co do wyniku, zero specjalnych przygotowań. Tym razem miałem sprawdzić czy istnieje strategia, która daje niesamowitą frajdę i radość z biegu górskiego a jednocześnie poczucie satysfakcji z finiszu na mecie. Po zeszłorocznych trzech startach w Tatrach nadal nie byłem pewien czy można pogodzić te kwestie. Zwłaszcza gdy w biegu Sokoła byłem zdziwiony, że to już meta a ja oszczędzałem się na kolejne 5km a w biegu na Kasprowy Wierch, po pierwszych 2km czułem, że przypaliłem i marzyłem tylko o tym by mój wyścig nie zakończył się w Kuźnicach. Jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz! Plan więc znów był prosty - polecę tym razem "na tętno" i będę trzymał się w tlenie, czyli jak dla mnie do 173 uderzeń na minutę - to tylko tyle i aż tyle. No bo jak tu nie wypalić z Krupówek jeśli adrenalina leje się uszami? 

Pogoda zapowiadała się idealne zwłaszcza na start o 7:00 rano. Cała celebracja ustalania rzeczy na bieg i dobierania stroju odbyła się wieczorem więc o poranku, w sobotę, nad niczym już się nie zastanawiałem - ubrałem przygotowany zestaw i byłem gotowy do biegu. Na start dotarliśmy o 6:35, krótka rozgrzewka, rzeczy na przebranie do depozytu i już. Aaaaaaa to już!!!

Drużyna w komplecie fot. Wybiegany

Start honorowy sprzed kina Sokół, krótki trucht na start ostry w okolice Morskiego Oka na Krupówkach, końcowe odliczanie i... poszli. Rany jak ciężko pogodzić się z faktem, że tyle osób mnie wyprzedza. Wiedziałem, że to może tak wyglądać ale nie wiedziałem, że tak trudno będzie to przetrwać! Czułem się jak człowiek na diecie w tłusty czwartek - wystarczy sięgnąć i pączek twój. Wystarczy przyspieszyć i pobiec do przodu - kusiło jak cholera. Plan to plan i chciałem go zrealizować bo bieg się przecież dopiero zaczynał.

Start z Krupówek fot. Kamil Michoński

Na podejściu na Nosal trochę mnie poniosło. Wyprzedziłem kilkadziesiąt osób, które łapały oddech a ja zaczynałem swój bieg na górę. Myślałem, że na szczycie się uspokoję ale niestety, puściłem się swobodnie w dół. Tętno latało w okolicach beztlenu czyli 185 do 188 uderzeń ale nie mogłem się zatrzymać. To coś było silniejsze od mojej słabej silnej woli. Przyhamowałem przytomnie dopiero na Nosalowej Przełęczy i trzymałem się dalej planu. Miałem świadomość, że "prawdziwe" góry dopiero się zaczną!

Tuż przed podejściem na Nosal fot. Kamil Michoński

W Kuźnicach łyk wody od super wolontariuszy i śmigam w Dolinę Jaworzynka. Trasę znam na pamięć ale widoki zaskakują mnie jak zawsze. Parujące o świcie dachy bacówek zwalają z nóg! Ja czekam jednak na podbieg, wiem że on też na mnie czeka. Wreszcie jest. Przechodzę w szybki marsz. Nie ma czasu na podziwianie widoków ale zerkam ukradkiem w kierunku bliźniaczego szlaku przez Boczań. Chwila nieuwagi i spadam ze szlaku. Całe szczęście niegroźnie. Otrzepuję ręce z mokrej gliny i oglądam otartą nogę - do mety się zagoi. Na Przełęczy między Kopami znów doping i dalej w miarę płasko. Przed nami widok na dach Murowańca i panoramę Orlej Perci od Świnicy po Granaty - cudo! Na takie widoki czekałem od października. Bezchmurne niebo a Tatry błyszczą przepięknie w porannym słońcu. Zbiegam do Murowańca, chwytam butelkę wody i banana. Obmywam ranę i brudne ręce. Mały łyczek i resztę zostawiam na później - wiem co mnie za chwilę czeka :-)

W dole Dolina Jaworzynka fot. Wybiegany

Skaczę jak "kozica" po kamiennych płytach na których stąpałem już dziesiątki razy. Docieram na rozwidlenie szlaku i zaczyna się podejście na Karb. Cały czas pilnuję tętna. Na podejściach trzymam je w okolicach 167 bpm. Tutaj czuję nogi. Uda błagają o postój i chwilę wytchnienia a cały organizm grzeje się niemiłosiernie. Ból to ściema - tak to sobie tłumaczę i ciągnę wyżej. Pod przełęczą znów doping - dostają go wszyscy - dzięki! 

Karb zdobyty fot. Jacek Bogucki

Na Karbie znów przyspieszam ale szybko zaczyna się zbieg. Uda pracują mocno a buty dzielnie walczą z brakiem przyczepności. Skaczę z kamienia na kamień - trzeba uważać aby się nie poślizgnąć - tu nie ma żartów. Szlak stromo opada w dół a pokrywający kamienie śnieg nie daje oparcia stopom. Docieram na rozwidlenie szlaków za Czerwonymi Stawkami, jestem na dole.

Zbieg z Karbu fot. Jacek Bogucki

Lap na Garminie i puszczam się dalej biegiem w kierunku stacji dolnej kolejki Gąsienicowej. Oddaję wolontariuszom pustą butelkę i wyciągam batona - pora się posilić przed podejściem na Liliowe. Baton słodki jak cholera szybko mnie zmula więc popijam go wodą ze strumienia. Jest nieziemsko pięknie. Cały czas kontroluję tętno. Nie mam już z tym problemów. Nadal na podejściach nie pozwalam na mniejsze niż 167 bpm. Czuję, że mnie to regeneruje choć nogi dostają mocno w kość. Małe postacie biegaczy majaczą gdześ na łacie śniegu przed Liliowym. Prę do góry podziwiając tatrzańskie widoki. Docieram zdyszany na górę i lap.

Na Przełęczy Liliowe

Teraz znów można biec. Z Liliowego szybko na Beskid gdzie trzeba pomagać sobie rękoma - w końcu to skyrunning - i dalej pod Kasprowy. Turystów już sporo. Widać punkt żywieniowy i kolejna pozytywna niespodzianka - cola chłodzona w śniegu. O rany jak dobrze! Dwa kubki wychylam duszkiem i łapię butelkę wody. Jeszcze przeprawa pod górę i ląduję na punkcie kontrolnym ze sporym zapasem czasu.

Trasa w dół

Zaczyna się zbieg z Kasprowego. Do tej pory paliły mnie uda ale jak zjechałem po śniegu kilkanaście metrów w dół przestały - w zamian paliły mnie dłonie :-) Niestety, zmiana trwa tylko chwilę. Tętno jak zaczarowane trzyma się w normie. Rozpędzam się. Skaczę jak piłeczka tenisowa po schodach, tyle że szybciej i szybciej. Nogi pracują jak oszalałe by nie porwała mnie w dół siła ciężkości. Palce w butach dobijają do końca i tak przez 8 kilometrów. Ale jazda! Na Myślenickich Turniach znów wspaniały doping.

Prawie w Kuźnicach fot. Ilona Wicherkiewicz

Na koniec zbiegu znów przeprawa. Zwóz drzewa zniszczył szlak i powstało błotniste rozlewisko, długie na kilkadziesiąt metrów. Walimy przez środek rzucając błotem po plecach, na oczach przerażonych turystów. Ostatni łyk coli na punkcie w Kuźnicach (fuj ciepła!) popijam wodą i zwrot na Kalatówki. Zaczynam marsz. Stromo jak cholera a kamienie męczą obolałe stopy. To już ostatnie wyzwanie na dziś - 1400m do mety a uda już kwiczą z wysiłku. Od tabliczki "500m" zaczynam biec pod górę a od kolejnej z opisem "300m" zrywam się do finiszu.



Na metę wpadam z podniesionymi rękoma. Udało się! Zatrzymuję Garmina i w tym samym momencie dostaję medal. Nie ma jednak wytchnienia, Krasus już czeka aż zrobię pompki. Zaliczam 20 sztuk i mogę napawać się atmosferą. Dobijam do reszty i sprawdzam czas. 3g:49m. Jestem zadowolony, tym bardziej, że zrealizowałem założony plan - średnie tętno 170 bpm - rewelacja! Zjadam wreszcie dwie przepyszne drożdżówki z truskawkami i wiem, że muszę tu wrócić za rok.

Drużynowo 7 miejsce!

Po biegu ogarniamy się i wracamy do kina Sokół aby zobaczyć zwycięzców na podium. Na koniec jest losowanie nagród. Trójka Pąpkinsów wygrywa! W tym i ja :-)

Wygrałem opaski kompresyjne :-)

Tymczasem kolejne wyzwanie już 21 czerwca - też w górach - znów będzie się działo!

Tatry zdobyte - można wracać fot. Wybiegany


czwartek, 8 maja 2014

Siedem w skali Beauforta czyli II Kołobrzeg Maraton

Historia prawie jak z amerykańskiego filmu. Rodzina wyjeżdża na majówkę nieświadoma całkowicie wypadków, które nastąpią. Prognozy krótko i długoterminowe potwierdzają słoneczną pogodę kamuflując skrzętnie czający się podstęp...

Dojeżdżamy do Ustronia Morskiego delektując się słońcem już od samego Wałcza. Nad morzem rześko, czyli temperatura w okolicach 9 stopni C. To dopiero czwartek więc niczym się nie sugeruję ani przejmuję - luzik. W piątek wiatr jak cholera, łeb urywa zaraz po wyjściu z domu. Prognoza na sobotę przewiduje diametralną odmianę czyli nadal jestem dobrej myśli. Czas spędzony w towarzystwie ekipy kibicującej, równo 16 (!) osób, pozwala całkowicie zregenerować się i odpocząć od planowania strategi i obliczania tempa na maraton. To wszystko mam już za sobą, skrzętnie zanotowane na opasce i zamknięte bezpiecznie w torbie. Mam czas na książkę i spacer po plaży choć za tym ostatnim nie przepadam. Mogę sobie nawet pozwolić na przejście kawałka trasy by sprawdzić oznakowanie w części przebiegającej przez las - dla mnie to nowość na maratonie.

Trasa w Ustroniu Morskim
Sobota - jadę odebrać pakiet startowy do Kołobrzegu a po powrocie, wieczorem, nie mam już złudzeń. Będzie wiało. Może nawet "wiało" to zbyt delikatnie powiedziane. Będzie zajebiście wiało i to na powrocie z Gąsek przez całe 21km - gorzej być nie może, no prawie. Wiatr ma osiągać w porywach prędkość 54km/h i wiać idealnie wzdłuż trasy. Jestem w stanie wydać z siebie tylko jęk zawodu i pogodzić się z losem ale żywcem się nie dam!

Noc przesypiam zadziwiająco dobrze - jak nigdy przed zawodami. Sam się dziwię jaki jestem spokojny. Dwie ostatnie życiówki na 10km i 21km, przed maratonem, potwierdziły dobre przygotowanie do tego biegu. Jestem po prostu pewny swego do tego stopnia, że ani przez chwilę nie myślę o zmianie taktyki, którą znam już na pamięć. Pierwsze 3km zaczynam wolno w 4:24 min/km potem kolejne do 14km w 4:21 min/km, dalej 4:18 min/km aż do 29km gdzie wrzucam 4:15 min/km i lecę do samej mety. Tyle teoria, czas na praktykę.

Docieram do Kołobrzegu o 9:00. Zimno i wieje. Rozbieram się w autobusie robiącym za szatnię i depozyt. Potem niechętnie wychodzę na dwór i  zaczynam rozgrzewkę. Na starcie jestem 5 minut przed wystrzałem - jak zwykle. Ruszamy minutę po dziesiątej. Zadziwiająco szybko łapię rytm i pierwszy kilometr robię idealnie w tempie. Podoba mi się ten maraton. Zakładając, że przełajowa trasa może mylić Garmina przygotowałem sobie opaskę z czasami na każdym kilometrze i lecę wg stopera :-) Widoki piękne, temperatura idealna a wiatr w plecy - czego chcieć więcej. Pilnuję tylko żeby nie wypalić do przodu.

Podbiegi i zbiegi, drewniane mostki i bruk, morze i małe oczka wodne, drzewa i ptaki - natura maluje przepiękne obrazy. Na czwartym kilometrze zonk, spada mi pasek od tętna. W sumie nie był mi potrzebny ale z ciekawości chciałem zmierzyć tętno na trasie - no cóż, zrobię to innym razem. Kilometry uciekają spod nóg jak oszalałe. Ani się obejrzę jestem już w Ustroniu gdzie czeka na mnie cała rzesza moich kibiców. Ich doping słyszę z daleka. Ale to niesie człowieka nad ziemią. Ten dwunasty kilometr okazuje się najszybszym z całej trasy.



Zostawiam Ustronie Morskie i prę dalej do Gąsek. Po 17 kilometrze zaczyna się koszmar dla mojej lewej stopy. Trasa biegnie leśnym duktem wysypanym ostrymi kamieniami. Startówki, które mam na nogach, dają niewielką osłonę przed taką nawierzchnią. Zaciskam zęby i marzę o odrobinie asfaltu. Las się wreszcie kończy i od 20km biegnę "zwykłym" szutrem. Na wysokości latarni morskiej stoi mała dziewczynka z ojcem - "trzynasty" oznajmia z uśmiechem, który odwzajemniam. Całkiem dobrze myślę i spoglądam na oficjalny zegar, który wskazuje 91 minut i ileś tam sekund. Sprawdzam opaskę 1 godzina i 31 minut z hakiem, mam zapas jakiś 20 sekund. Obiegam latarnię i wychodzę na powrotną drogę...

"O nieee" - myślę w duchu. Tak od razu? W twarz? Wiatr bez zbędnych ceregieli sprowadza mnie do parteru. Teraz marzę aby schować się w lesie gdzie czeka mnie katowanie lewej stopy. Próbuję utrzymać tempo ale czuję że będzie mnie to sporo kosztowało. Mijam zawodników, którzy biegną w stronę latarni - oni jeszcze nie wiedzą, że walka dopiero się zacznie.



Docieram do znacznika "30km" w Ustroniu. Przed moimi kibicami trzymam jakoś fason bo biegnę dopiero 2 godziny i 12 minut ale czuję, że rezerwy mocy nie starczą na długo. Mam raptem 3 minuty straty do planu i nadzieję na odrobienie. Za Ustroniem zaczynają się masakryczne podbiegi. One rozładowują mój akumulator do reszty. Kontrolka w mózgu pulsuje na czerwono. Nie mam sił, staję na 33 kilometrze. Przed sobą nie widzę żadnego zawodnika, obracam się - za sobą też nie! Myśli spadają mi na głowę w lawinowym tempie. Co ja tu robię? Może jest mi za ciepło? Ale jak to koniec? Dobra, tylko spokojnie, przecież nogi mnie nie bolą! To dla czego nie biegnę?

Słonko świeci, jest ciepło i wieje przyjemny wiaterek, zdejmuję rękawiczki... O nie, to na pewno tak się nie skończy! Zaczynam biec. Nie wiem co bardziej mnie boli, głowa czy reszta organizmu? Czuję, że zbliża się paw - no jeszcze tego brakowało. Zatrzymuję się znowu. Co jest grane? Na wszystkich punktach piłem po dwa łyki wody a na 15 i 30 kilometrze zjadłem przetestowany żel. Chyba dzieje się ze mną coś niedobrego. Nie potrafię nawet tego określić. Zaczynają mnie wyprzedzać inni zawodnicy - w dupie to mam. Ale co ja powiem tym, którzy we mnie wierzyli? Nogi uginają mi się w kolanach. Zbieram się jednak do truchtu i jakoś docieram do 35 kilometra, wiatr targa mną jak chce. Dotykam swojej klatki piersiowej - jest lodowata, identycznie jak ręce a gęsia skóra pokrywa moje przedramiona. Zataczam się. Przepraszam swoje wierne rękawiczki, które chciałem kilka kilometrów wcześniej wyrzucić jako zbędny balast. Są zimne jak z lodówki ale dobre i to. To chyba koniec mojego maratonu! 

Ktoś podjeżdża do mnie na rowerze. Na wszystkie pytania odpowiadam tylko kiwaniem głowy, na więcej nie mam sił. Podaje mi butelkę izotoniku, którego wypijam dwa łyki. Zaczynam truchtać a on odjeżdża (dzięki raz jeszcze). Docieram, bo trudno to nazwać biegiem, do kolejnego zawodnika, który stoi na trasie i klnie wniebogłosy. Wyzywa wszystko co się da. Okazuje się, że to ultras, który tydzień temu machnął jakąś setkę a tutaj nie daje rady - "ooo, nie jestem sam" - pomyślałem. 

Pod nogami pojawia się znacznik 40 kilometra a ja nadal powłóczę nogami. Jestem już z powrotem w Kołobrzegu ale wcale się nie cieszę. Mój silnik nadal nie chce odpalić i człapię w żółwim tempie. Kibice się uśmiechają i klaszczą. To chyba to czego mi brakowało przez całą trasę. Wreszcie zaczyna się znajomy park i zbawieniem jest doping, który dociera z mety. To już niedaleko. Zaczynam biec. Okazuje się, że mogę! Nawet przyspieszam i całkiem sprawnie pokonuję linię mety a zegar pokazuje 3:40:34. Później sprawdzę, że ostatnie 240m biegłem w docelowym tempie 4:18 min/km. Na mecie medal i zimno. Jest mi przeraźliwie zimno. Ręce mi się trzęsą a reszta ciała dygoce. Szukam czegoś ciepłego do picia ale znajduję tylko banany i wodę. Obieram banana ale nie mam siły go jeść. Ściska mnie w brzuchu jakiś lodowaty skurcz - znowu zbliża się paw. Nic tu po mnie, znajduję wreszcie herbatę i próbuję wypić wrzątek. Idę do autobusu po swoje rzeczy. Miałem się wykąpać ale rezygnuję, zakładam wszystko co mam na siebie i pakuję się do auta. Jest mi wszystko jedno.

Wracam do Ustronia i biorę ciepły prysznic powoli dochodząc do siebie. Jestem wściekły a jedyna myśl w mojej głowie to "ZEMSTA!"

środa, 30 kwietnia 2014

"Skarby Grobowców"

Na ostatnich nogach
... ale o co chodzi?

Chodzi o to, że już łażę na rzęsach przed tym maratonem w Kołobrzegu. Dla zmylenia przeciwnika (tego w głowie) zabrałem się za książkę Cussler'a "Skarby Grobowców". Mam nadzieję odwrócić swoją uwagę chociaż na chwilę. Najgorsze zaczyna się w nocy. Codziennie zasypiając zaczynam biec...


...dzisiaj "biegłem" maraton w Poznaniu. Jakąś dziwną trasą, przez most Teatralny i w kierunku rozkopanego ronda. Dobrze szło aż do 40 kilometra - miałem czas 2:44 a  potem... Potem zgubiłem się na jakimś podwórku i wylądowałem w ruinach starego zamku (?!?) - ja pierdzielę jak to męczy. Poprzednie dwie noce nie były lepsze. "Leciałem" też maratony ale te docelowe, z Kołobrzegu do Gąsek. Zamknąłem ledwo oczy a tu już "słyszę" tupot nóg na kostce brukowej... a potem już budzik i wstaję wykończony. Nie, nie śpię w butach biegowych - jeszcze :-)

Skończyłem właśnie trening - bieg ciągły - tym razem naprawdę ostatni przed zawodami. Jutro jadę zrobić aklimatyzację i regenerację nad morzem ;-) W piątek ostatnie rozbieganie po trasie maratonu i pozostanie poczekać do niedzieli. Trzymajcie kciuki.

Na koniec jeszcze małe typowanko pt. w jakim czasie zrobię ten maraton? Podpowiedzi znajdziecie na moim blogu, fejsie i endo. Na zwycięzcę, który trafi lub poda najbardziej zbliżony czas czeka nagroda i  nie będzie to słoik morskiej bryzy :-) Typować można w komentarzach tutaj na blogu, na moim FB lub na profilu Endomondo. Powodzenia.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kołobrzeg Maraton - prolog

Trasa z profilem
Rozpoczęło się końcowe odliczanie.

To mój pierwszy w życiu maraton wiosenny, do którego postanowiłem się przygotować w okresie zimowym. Wcześniej znałem wszystkie wymówki świata by nie biegać zimą, po dworze, a na wykańczające mnie interwały zawsze znajdowałem usprawiedliwienie. W tym roku skończyłem z tym raz na zawsze. Kocham biegać. Pomimo tego, że Maniacką Dziesiątkę i 7 Poznań Półmaraton pobiegłem jak zaprogramowany automat, "traktując" oba jako mocniejsze treningi - potwierdziły pracę, którą wykonałem od grudnia. Byłem tak pewny siebie (be, nieładnie!), że żadne emocje nie były w stanie wyzwolić zwątpienia w nadchodzące życiówki. Teraz wiem, że jestem już solidnie przygotowany fizycznie co jednocześnie wyzwala błogość w głowie. 

Ten tydzień był ostatnim mocnym przed najważniejszym dla mnie startem tego sezonu. Trzydziestka zaliczona, ciągły w drugim i trzecim zakresie oraz siła biegowa także - i wszystko w tym jednym tygodniu. Było co biegać. Dzisiejsze 3x5km przyprawiło mnie o dreszcze, nie ze względu na tempo ale na wiatr. Jak można tak silnie wiać i to w dzień szybkiego sprawdzianu! Ale co tam, jestem już po. Szczęśliwy jak po każdym zrobionym solidnie treningu a to szczęście jest dla mnie najważniejsze bo bieganie, nawet na granicy beztlenu, traktuję jako nagrodę a nie karę, czy obowiązek. Pewnie to dzięki temu, że nie rzucam się do walki na śmierć i życie o wynik ale stopniowo się do niego zbliżam uzbrojony w cierpliwość. Tak będzie i tym razem bo Kołobrzeski Maraton mam w planach pokonać w 3:05 a wymarzona "trójka" poczeka do jesieni.

To wszystko powoduje, że w przeciwieństwie do dwóch poprzednich startów, w Kołobrzegu, mam nadzieję na wypieki i emocje. Wiem, że łatwo nie będzie ale kto powiedział, że maratony są łatwe. Trasa niby prosta a jednocześnie mało sprzyjająca biegaczom o życiówkach nie wspominając. Będzie bolało. Dwa i cztery dziesiąte kilometra płyt betonowych, pięć i sześć dziesiątych kilometra asfaltu do tego sześć i dwie dziesiąte kilometra duktów leśnych (!) a reszta? Reszta to kostka brukowa. Czyste 28 kilometrów najmocniejszego walenia w stawy. Do teraz się zastanawiam jak ja dobierałem ten bieg :-) Może dlatego, że morze? A może dlatego, że kameralnie? A może dlatego, że fajny termin, idealnie wpasowany w wiosenny sezon startowy? A może wszystko razem? Może! To już nie ma znaczenia. Jaram się i tyle bo lubię sięgać po więcej - zawsze.

wtorek, 8 kwietnia 2014

7 Poznań Półmaraton - rewanż

Jak zwykle przed startem
Można powiedzieć, że ta niedziela była jak piłkarska "niedziela cudów" i nie chodzi o sam półmaraton ale to co zaczęło się po nim. Ale od początku...

Na start postanowiłem pojechać motocyklem (yes!) - głównie ze względów logistycznych przy parkowaniu - szybciej, sprawniej no i frajda bezcenna. Plan na bieg był już z góry ustalony więc o to byłem spokojny. Pogoda też nadspodziewanie miała dopisać - czego chcieć więcej na dzień zawodów?

Mojej głowy nie zaprzątało absolutnie nic. Nawet co do strategii samego biegu nie miałem wątpliwości co mnie bardzo cieszyło. W szatni ostatnie zaczepki typu "na ile idziesz"? spływały po mnie jak po kaczce. Odpowiedź była krótka i porażająca dla współtowarzyszy mających ochotę dać lekcję biegania "młodemu" - 4:05 min/km na starcie a potem przyspieszę. Kłamałem oczywiście, jak wszyscy wokół mnie, bo planowałem zacząć w okolicach 4:00 min/km :-)

Temperatura była idealna. Rozbieganie, gimnastyka i wbijam się do strefy A - pierwszy raz, w Polsce na zawodach, miałem taką okazję. Jako, że do wyboru była ogólnie strefa "poniżej 1:30" więc wylądowałem 5 minut przed startem tuż przy taśmie za Kenijczykami - o ja pierdzielę, pomyślałem, nie za wysokie progi? Moje wątpliwości rozwiali znajomi biegacze, którzy już czekali na mnie przy tej samej taśmie. Chwila pogaduszek, podskakiwania w miejscu i podtrzymywania Garmina by nie wskoczył w "stendbaja" i strzał, ledwo słyszalny, bez żadnych fajerwerków - ruszyliśmy.

"Prawie" jak Kenijczycy

Czekałem na ten moment okrągły rok. Miałem do rozliczenia z tą trasą porachunki z poprzednich dwóch lat pod rząd kiedy to za każdym razem nie udawało mi się zrealizować planu. Najpierw wynik 1:46 w 2012 a potem 1:36 w 2013 roku, zawsze o 1 minutę ale boli - wiadomo faceci! Tym razem miało być inaczej. Ruszyłem spokojnie, zgodnie z planem. Nowością było dla mnie założenie pulsometru - byłem ciekaw wyniku, który mogłem tym razem odnieść do moich progów metabolicznych. Tętno poszybowało od razu na 168 bpm i unormowało się po kilkuset metrach w okolicy 178 bpm - no, pomyślałem będzie efektywny trening ;-)

Start w doborowym towarzystwie

Pierwszy kilometr, bez żadnych niespodzianek, minął zadziwiająco szybko. Tempo równe, na plecach kilku podczepionych biegaczy i lecimy zgodnie z planem. Nogi, czułem, chciały szybciej - napędzane dodatkową adrenaliną ale mózg przytomnie czuwał i nie pozwalał szybciej niż 3:57 min/km. Ani się nie obejrzałem zaliczyłem pierwszą piątkę. Nie miałem ochoty wcale pić, zachowawczo wziąłem łyczka wody i omijając kałuże wody kontynuowałem bieg. W tym roku jakoś dziwnie liczyłem te kilometry. Zamiast normalnie, narastająco, odliczałem je wstecz, porównując w głowie do realizowanych zimą treningów BC2 i BC3. Na piątym stwierdziłem więc, że został mi do zrobienia typowy BC2 10km z 3km rozbieganiem na początku, sprintami i 2km na końcu - skąd mi się to wzięło? Nie mam zielonego pojęcia ale dobrze się bawiłem :-)

Piąty kilometr - humory dopisują

Przed 10km wyjąłem żel - też pierwszy raz w życiu na zawodach. Jako, że było to podczas kolejnego już podbiegu (Hetmańska) miałem możliwość zjedzenia bez upaćkania wszystkiego do koła. Łyk wody na punkcie i wracam do swojego tempa. Następne kilometry to znów nuda bo widoki od trzech lat się nie zmieniają. Rozpoczynam 12 kilometr i znów podbieg na Drodze Dębińskiej a dalej 4km prostej, też pod górkę i wiatr (nie polecam tej trasy na życiówki). Wreszcie jest - 17 kilometr i moje wsparcie. Kontakt wzrokowy trwa bardzo krótko ale w domu się dowiem, że wyglądałem "dobrze". Jakieś tam zakrętasy na Mostowej i znów podbieg do mostu Rocha. Tempo cały czas równe choć wiem, że już przyspieszyć będzie ciężko.

Tych trzech "kibiców" zobaczyłem dopiero w domu

Wreszcie jest, oczekiwany długo i z nienawiścią, podbieg na Baraniaka. Spoglądam pod nogi, coraz wyżej podnosząc wzrok, szukam końca tej prostej. O ja pierdolę, jak daleko - to prawie 2 kilometry orki! Nogom się właśnie przypomniało, że uda to chyba już boleć powinny o śródstopiu które odbiłem na 8 kilometrze nie wspomnę - napierdziela nieprzerwanie od 11 kilometrów. Ale co tam, jest przecież plan do zrobienia, bo nie po to biegałem po ciemku całą zimę żeby teraz mazać się na byle podbiegu. Robię go więc w 4:09 min/km i docieram do Wiankowej - już czuję zapach zwycięstwa. Teraz zaczynam dopiero zauważać innych biegaczy - co chwila jakiegoś mijam. Tempo rośnie do 3:34 min/km a ja mknę w kierunku "mostka". Kto bywa na Malcie to wie, że tam biegacz jest nie do zatrzymania, pod warunkiem, że utrzyma się na nogach :-) Zbiegam z górki i widzę zegar 1:25:38. Tym razem wiem, że on pokazuje mój czas (no prawie)! Dociskam pedał w podłogę. Wyprzedziłem już wszystkich i podążam samotnie do mety. Łapki w górę i jestem zwycięzcą. Moje netto to moja nowa życiówka: 1:25:47.

WTF, gdzie jest te 8000 biegaczy? Pomyliłem trasy?

Ufff, lekko nie było ale bez bólu nie ma przyrostów. Niepokoi mnie moje śródstopie, które odezwało się na kolejnych zawodach - diagnoza jest szybka - buty. Moje Kinvary mają już 2 lata i chyba nie wytrzymały trudów walki na zawodach. I tu pierwsza niespodzianka: "z takim czasem to już Kinvary odstaw - możesz kupić Fastwitch'e chociaż jak miałeś siły tak przyspieszyć w końcówce to nie dałeś z siebie wszystkiego" - oznajmił mój guru biegania. Wow! - to będą moje pierwsze buty startowe w życiu. Wracam do domu a na drzwiach "plakat" powitalny - naprawdę doceniają mój trud.

Do trzech razy sztuka

Dzisiaj jest wtorek i kolejny szok. Dostałem zgodę na koniec "brandzlowania" podczas rozbiegań. Mogę biegać poniżej tempa 5:00 min/km. Ale się porobiło!


środa, 2 kwietnia 2014

Time is up

Statystyka marzec 2014
Tak, to już w tym tygodniu. Mój ulubiony Poznań Półmaraton, który co roku wygrywa z moimi słabościami i pozimowymi niedociągnięciami treningowymi. Od zeszłego roku zmieniło się dużo, można powiedzieć, że bardzo dużo. Wtedy, podczas przygotowań, biegi ciągłe robiłem w tempie 4:30 min/km a odcinki dwukilometrowe w 4:17 min/km doprowadzały do "odmowy". 
Tegoroczna zima była inna. Tak samo uczciwa ale inna - czuję to każdym mięśniem. Jestem mocniejszy, szybszy i dziwnie spokojny. Pewnie do czasu :-) Powieka i tak będzie latała - pytanie tylko czy mnie to wzruszy? Oby nie.

Sprawdzian na 10km - zaliczony. Wszystkie zaplanowane treningi - zrobione. Ostatni bieg ciągły - dzisiaj, a potem już luz (no małe rytmy jeszcze w piątek). Makaron na czwartek, piątek i sobotę - zaplanowany. Żel - przetestowany. Wynik, wynik też już wyznaczony. Jeszcze tydzień temu 1:27 całkowicie mnie zadowalał - to prawie 10 minut poprawy do zeszłorocznego Poznania i jednocześnie daleko przed goniącymi mnie rywalami, poza jednym :-) Poprzeczkę podniosłem więc do 1:25 - a dlaczego by nie?  Dzięki Krasus.

Od dłuższego czasu wiem, że te ograniczenia są tylko w mojej głowie. Zrobiłem badania progów tlenowych, VO2max i znam też zakresy swojego tętna - wszystko wskazuje, że umiem i mogę biegać szybciej. Nogi i ciało dadzą więc radę a ona? Ona niestety nie zawsze. Ciągle boi się biegać w tempie poniżej "4" z przodu ale dam jej czas do przyzwyczajenia się. Nic na siłę. Maniacka pokazała, że warto zaczynać spokojnie aby w połowie dystansu przyspieszyć i jeszcze mieć siłę na finisz cały czas z "trójką" w tempie z przodu.

Do startu pozostały 4 dni i mam zamiar je dobrze wykorzystać. Rozluźnić się, zrelaksować aby w niedzielę zaatakować ze zdwojoną siłą!