piątek, 2 marca 2018

Praca rąk podczas biegu

To miał być normalny trening. Miał, to słowo klucz oczywiście, bo pogoda na tyle się spaprała, że przy temperaturze -12*C i bardzo silnym wietrze, po konsultacji z Agnieszką, postanowiłem zrealizować go na bieżni mechanicznej. Sama bieżna wisiała mi zupełnie, bo tak naprawdę już zapomniałem jak się biega na tym urządzeniu, w niewietrzonej sali. To jednak jest mało istotne i robi w tej opowieści wyłącznie za tło, a zdjęcie obok potraktujcie jako żart, pomimo faktu, że jest z tego treningu.



Dla pełnego oddania warunków treningu, będę posługiwał się, w opisie, realnymi wartościami tempa i czasu, służącymi wyłącznie za punkty odniesienia dla moich spostrzeżeń dotyczących pracy rąk podczas biegu.

O tym, że poruszam fatalnie rękoma, a w zasadzie nie poruszam nimi, wiedziałem od dawna. Na nic się zadawały artykuły, porady i wskazówki fachowców, które wchłaniałem jak gąbka wodę. Nasłuchałem się dostatecznie dużo o luzie w ramionach, niskich barkach, niezaciśniętych dłoniach, kącie 90 stopni, muskaniu biodra, dłoni do wewnątrz, kciuku do góry itp. I co? Gówno. 

Mimo, że próbowałem stosować te wszystkie wskazówki moje ręce były jak przyklejone do tułowia, a poruszały się tylko przedramiona. Zdawałem sobie sprawę, że moja choroba barków nie sprzyja poprawie w tej kwestii, ale miałem jednak nadzieję, że są sposoby aby się tego nauczyć. W tych marzeniach o pracy rąk utwierdzały mnie zdjęcia z własnych finiszów, gdzie pędzę jak na skrzydłach i o dziwo, te beznadziejne łapska pracują jak trzeba.

Półmaraton Warszawski. Widać, że można

Oczywiście nie zakładam, że znalazłem Świętego Grala i mam go już w kieszeni. Przyjdzie mi pewnie długo pracować nad swobodą tego nawyku, który sprawił, że bieganie w szybszym tempie było dużo swobodniejsze niż zawsze.

Do rzeczy. Trening nie był skomplikowany i wyglądał następująco: rozgrzewka + 3x(20 minut w tempie 3:45/km z przerwą 5 minut truchtu) + schłodzenie. Rozgrzewka i schłodzenie to standardowo po 2km luźnego biegu, ale w tym przypadku zastosowałem wersję po 15 minut biegu na każdy z elementów. Jako, że wszystkie takie treningi programuję w Suunto, aby nie zerkać co chwila na zegarek, a tylko wtedy, gdy mi sygnalizuje, tym razem również postanowiłem go zaprogramować. Mając świadomość biegania na bieżni, w pomieszczeniu, zamieniłem dystans rozgrzewki na 15 minut i dla schłodzenia analogicznie. Zamieniając trening na wersję "Bieżnia" pozostawiłem zakres kontrolowanego tempa w widełkach 3:45/km - 3:50/km (tak miałem przygotowany trening w wersji "na dworze") bo już nie chciało mi się zmieniać i nie spodziewałem się oczywiście, że będę jakkolwiek kontrolował tempo patrząc na zegarek. Dlatego zegarek miał ustawiony, w moim trybie bieżnia, tylko dwa parametry widoczne na jedynym ekranie: czas okrążenia i tętno (paska akurat zapomniałem z domu, taki niefart). Wiadomo, tempo ustalam na bieżni i jazda. Zegarek miał mi pomóc kontrolować wyłącznie czas i przypominać o zmianie tempa podczas treningu.

Zaprogramowany trening

Tu muszę dodać, że Suunto podczas programowanych treningów, dorzuca swój dodatkowy jeden ekran, który jest takim jakby progress-barem. Wykres pokazuje na osi x procentową realizację zadania (zazwyczaj dystans lub czas), a na osi y spełnienie warunku ustawionego jako cel zadania, w moim przypadku, trzymanie się tempa między 3:45 a 3:50. Dla pełności wiedzy pod wykresem miałem czas jaki pozostał mi do końca bieżącego odcinka, a na górze wartość celu, czyli w tym wypadku tempa chwilowego. Oczywiście nie planowałem zupełnie korzystać z tych informacji, bo interesował mnie tylko stoper z odcinka, ale stało się zupełnie inaczej...

Rozpocząłem rozgrzewkę, na bieżni która stała w pierwszym, i jedynym, rzędzie przed dużym oknem. Mogłem się więc wpatrywać we własną sylwetkę lub w otoczenie nocnego Poznania. Po 15 minutach Suunto "zapikał" znajomo i wyświetlił komunikat, że pora podkręcić tempo. Ustawiłem na bieżni 16km/h, poczekałem aż się rozpędzi, wcisnąłem LAP w zegarku i zaczęło się odliczanie pierwszych 20 minut. Oswojony z tempem, spoglądałem sobie na własną sylwetką, lub to co się działo za oknem. Nic ciekawego. W pewnym momencie postanowiłem przełączyć zegarek z trybu stopera, w tryb "progress-bara" by widzieć jednak czas do końca odcinka. Zerkając z nudów, co jakiś czas na zegarek (bieżnia liczyła czas od uruchomienia, więc doliczała rozgrzewkę i czas na rozpędzanie), zauważyłem, że Suunto podaje jeszcze mi tempo, które bierze z ruchu nadgarstka. Niby nie byłem zaskoczony, ale wartość 3:51/km zdziwiła mnie na tyle, że zacząłem się zastanawiać. 

Normalnie, podczas biegu z GPS gradacja tempa chwilowego to 5 sekund, czyli nie jest możliwe "widzenie" tempa chwilowego z jedynką na końcu (nie dotyczy biegu z tempem poniżej 3:00/km - tam gradacja jest co 1 sekundę - sprawdziłem). Tak mnie to zaciekawiło, że zacząłem częściej spoglądać na zegarek. Zdziwiony również byłem dość "realną" wartością tego mierzonego z ruchu nadgarstka tempa. Pominę fakt, że co 15 sekund (tak chyba podaje instrukcja) zegarek dawał znać, że nie mieszczę się z tempem w zadanych widełkach, które wynosiły wspomniane 3:45-50/km. Wiadomo, spływało to po mnie jak wielkie krople potu, które zaczęły pojawiać się na moim czole, skoro bieżnia była ustawiona na 3:45/km. I tak sobie biegłem, obserwując, co jakiś czas wskazania tempa - tak, po prostu z czystej ciekawości. Widziałem więc wskazania, które pod koniec odcinka dochodziły nawet do 4:13/km. Odcinek po 20 minutach się skończył, przełączyłem bieżnię w tryb cool down i rozpocząłem swobodny trucht.

Po treningu sprawdziłem średnie tempo, tego odcinka, odczytane z nadgarstka:
20 minut, tempo 4:03/km

Pot zalewał mi twarz i spływał dosłownie po rzęsach. Nie jestem przyzwyczajony do trenowania w tak wysokich temperaturach, w środku zimy, ale to nieistotne. Po krótkim ochłonięciu, zacząłem  rozglądać się w trybie "a cóż to wokół mnie się odbywa". Dwie bieżnie dalej biegła dziewczyna, której praca rąk rzuciła mi się jako pierwsza w oczy. Łokieć daleko do tyłu, dłonie luźno, rozmarzyłem się...

Postanowiłem więc rozebrać swój ruch ramion na czynniki pierwsze. Patrząc w szybę zobaczyłem: barki bujające się przód-tył, nieruchome łokcie i pracujące wyłącznie przedramiona, które unosiły się ledwo góra-dół. Tragedia, którą mógłbym opisać jednym zdaniem: łapy dyndają swobodnie, bujane przez barki. Zrozumiałem, że chyba nie na tym ma polegać "luz". Zacząłem kombinować, by choć trochę naśladować tą dziewczynę. Po kilku próbach zauważyłem, że ja muszę poruszać rękoma nie siłą bezwładności, a mięśniami, którymi je kiedyś obudowałem. Zacząłem używać siły do wypychania ich w tył i lekkiego ciągnięcia do przodu i w górę, na powrocie. Po jakimś czasie uznałem, że obraz odbijający się w szybie nie wygląda źle, a wręcz zaczyna przypominać biegacza poruszającego rękoma.

Suunto "zapikał" mi ponownie, wyświetlając jednocześnie komunikat "Lap and 3:45", który wcześniej zaprogramowałem. Wcisnąłem na panelu bieżni 1+6+Enter i zacząłem przyspieszać wraz z bieżnią. Po 30 sekundach uznałem, że mam już zakładane tempo, przycisnąłem LAP w zegarku, który tym razem zakomunikował "20'00 3:45 - 3:50" i rozpoczął odliczanie. Skupiony na własnym obrazie odbitym od szyby, kontrolowałem wyłącznie jedno: ręce! Tym razem pracowały. Weryfikowałem sobie, co z tym kciukiem, czy dłonie bardziej do wewnątrz, czy ten łokieć ucieka do tyłu, czy nie za szeroko, czy wracają, czy podciągać je do góry, czy to wszystko nie za mocno. Poczułem się jak kiedyś na korcie, kiedy na treningach przed serwisem testowałem kąt przekręcanej rakiety w dłoni. Najskuteczniej szło uchwytem młotkowym, a potem już w zależności od kierunku powrotu piłki, przekręcanie do bekhend'u lub forhend'u ;)

Ze skupienia wyrwał mnie Suunto, który od samego początku lapa "pikał" regularnie oznajmiając wyście z poza zadanej strefy tempa. Wiedziałem, że będzie to robił już po pierwszym odcinku, ale odruchowo spojrzałem na wyświetlacz i oniemiałem. Bieżnia leciała ponownie ze stałem tempem 3:45/km a co ja widzę?! Tempo 2:43/km. WTF? Patrzę w szybę i skanuję swoje odbicie. Nogi jak zawsze, prawa trochę zawija, lewa supinuje śródstopiem, generalnie norma. Ręce machają w miarę równo z nogami, wygląda na to, że dość synchronicznie. Nie za daleko do tyłu, ani nie za wysoko do góry. Patrzę na Suunto 2:38/km! Zwariował, albo ja wreszcie zacząłem poruszać tymi rękoma!

Mija połowa odcinka, zerkam więc ponownie, 3:05/km, jak wół na wyświetlaczu. Próbuję więc ocenić swoją kondycję: czoło się poci niby jak poprzednio, koszulka już mokra, ale krople nie spływają jak przy pierwszym. Nogi dosyć rześkie, wręcz luźne bym powiedział. Mam wrażenie, że tempo zupełnie nie sprawia mi kłopotu, choć nie powiem, od jakiegoś super komfortu jestem już daleki. Oceniam, że bez uszczerbku dojadę do końca tego odcinka i nic nie wskazuje na to żeby trzeci był problemem. Przestałem więc patrzeć na zegarek i skupiłem się na PORUSZANIU rękoma, aby złapać jak najbardziej naturalny ruch, napędzany nie grawitacją, a siłą mięśni, tak by już nie skupiać się na tym podobnie jak przy przebieraniu nogami. I w takich oto okolicznościach kończy się drugi, dwudziestominutowy odcinek.

Po treningu sprawdziłem średnie tempo, tego odcinka, odczytane z nadgarstka:
20 minut, tempo 3:01/km


Truchcik pięciominutowy i szykuję się do kolejnego przyspieszenia. Schemat powtarza się wiec już trzeci raz. Suunto obwieszcza, ja przyspieszam bieżnię, LAP i jedziemy z koksem. Tym razem obserwuję, że jeszcze dokładniej synchronizuję ręce z nogami. Nie wyprzedzam, nie ciągnę i nie wypycham do tyłu "na siłę". Muszę przyznać, że odbicie w szybie coraz bardziej mi się podoba. Sprawdzam co tam na nadgarstku: 2:51/km. "Może być" - uśmiecham się w duchu, bo nie widzę powodu, by silić się na jeszcze dynamiczniejszą pracę rąk, skoro zsynchronizowały się już z nogami i resztą ciała, a bieżnia niezmiennie porusza się w tempie 3:45/km. Ponownie skanuję swoje ciało i stwierdzam, że biegnie mi się dobrze, a wręcz doskonale. Nie sapię, nie kapie ze mnie pot, nie walę z pięty, można powiedzieć: normalny bieg. Zaczyna mi się to naprawdę podobać, zwłaszcza ta lekkośc i swoboda ruchu. Nie poprawiam już nic, nie sprawdzam zegarka, próbuję po prostu odtworzyć te same wahnięcia, przy każdym kolejnym kroku. Trzy minuty do końca odcinka i sam nie wiem, czy jestem zmęczony, czy mógłbym spokojnie kontynuować, po prostu biegnę i zastanawiam się dlaczego wcześniej nie wpadłem na to by się obejrzeć podczas biegu wcześniej, skoro treningi tenisowe nagrywałem regularnie co pół roku, by zweryfikować sylwetkę i poruszanie się po korcie. Ale tak to chyba jest, że najciemniej pod latarnią. Wracam duchem na bieżnię. Napewno nie dyszę, oddycham spokojnie, bez grymasu na twarzy. Godzina biegu w tempie 3:45/km to już jest konkret dla mnie. Nie czuję spiętej góry, jestem zadowolony. Suunto obwieszcza trucht, a potem rozbieganie. Po kolejnych 20 minutach schodzę z bieżni. Już wiem, że jestem zachwycony spostrzeżeniami z treningu.

Po treningu sprawdziłem średnie tempo, tego odcinka, odczytane z nadgarstka:
20 minut, tempo 3:00/km

Dynamika pracy rąk jako pochodna tempa pracy nadgarstka

Rozpisałem się cholera i nie wiem czy dobrnęliście, bo chciałem podsumować. Pomimo zmęczenia (trening trwał w sumie 1:48:30"), oswobodzenia rąk ze sztywności wymuszonego ruchu, podczas trzeciego odcinka, co w efekcie lekko zmniejszyło dynamikę (już nie było to takie sztuczne), akcelerometr zanotował najszybsze tempo ich poruszania. Mogę więc śmiało, po latach obserwacji własnych słabości stwierdzić, że z całą pewnością poruszałem o wiele wydajniej rękoma, niż podczas pierwszej dwudziestki i wszystkich treningów jakie do tej pory zrobiłem. Można powiedzieć, że w ogóle nimi poruszałem! Będę się zatem obserwował na kolejnych treningach, oczywiście już w terenie, bo mam pewność, że wreszcie załapałem o co w tym poruszaniu chodzi i jak bardzo myliłem pojęcie "ramiona luźno" z "ramiona dyndają". Gdym miał porównać moją satysfakcję z tego treningu, padłoby chyba na pierwszą w życiu jazdę rowerkiem, z odczepionymi bocznymi kółkami, którą zaliczyłem na Rynku Wildeckim.

PS. Gdyby ktoś z Poznania chciałby nauczyć mnie prawidłowej pracy rąk, jestem chętny i zgłaszam się na ochotnika.

wtorek, 9 stycznia 2018

Nawyk czy uzależnienie?

Noc fot. ja
Ręce pomimo rękawiczek mam zgrabiałe. Niby już biegnę, niby już cieplej, ale nadal mi zimno. Na światło nie liczę, no chyba, że sztuczne, te padające pod nogi z własnej czołówki, bo słońce zaszło już dawno. Nieustający wiatr smaga mi twarz, wtóruje mu zwykle deszcz. Nie-na-wi-dzę tej pogody!





Do świateł mam 1,7km i czekając na zielone zadaję sobie kolejny raz pytanie:
 - "Po jaką cholerę to robisz?!" Czy nie lepiej byłoby zostać w ciepłym domu, przed telewizorem i czekać aż przejdzie? Tylko co przejdzie?...

Kiedyś sobie zamarzyłem, pobiec 10km w 36 minut, połówkę poniżej 1:30, a w maratonie złamać magiczne 3 godziny. Co wyszło z tych planów? Wszystko. Właśnie skończył się rok, w którym zrealizowałem wszystkie swoje biegowe marzenia, jednocześnie. Euforia trwała może nawet tydzień, zwłaszcza po maratonie, do którego podchodziłem jedenasty raz. Wszystkie poprzednie spieprzyłem, bez względu na wynik, w jaki celowałem.

...ruszam dalej ze świateł. Szum samochodów powoli ustaje, zaczynają się brukowane uliczki i zapada ciemność. Teraz tylko czołówka oświetla mi drogę. Kończę rozgrzewkę i zaczyna się konkretny trening. Kończą się też rozmyślania i wyszukiwanie usprawiedliwień w głowie. Z nogi, na nogę, zaczynam się powoli rozpędzać. Nie przeszkadza już wiatr, nie przeszkadza deszcz. Brzydotę krajobrazu przykrywa zmrok - może to lepiej, w taką bezśnieżną zimę. Na łydki wrzucam kolejne bryzgi wody, którą zabieram przy wbieganiu w kałuże. Z nosa lecą smary, a głowa każe przeć do przodu. Podbieg, zbieg - nie mają już znaczenia - przywykłem, do wszystkiego. A może jest mi wszystko jedno? Znów zaczynam rozmyślać...

Na wiosnę Maniacka, potem poznańska połówka, w nowej kategorii. Może by tak jeszcze docisnąć wyniki? Potem góry. Najlepsze, zwłaszcza Tatry. Już sobie nie wyobrażam sezonu bez Biegów Sokoła (Zakopane, 3 dni, 3 dystanse: 15km, 32km, 10km). Potem jesień i świetny BMW Półmaraton i chyba maraton, ale w Poznaniu, dla odmiany

...z równoległego świata wyrywa mnie Suunto. Niezbyt głośnie piknięcie i kolejny odcinek, kolejna zmiana obciążenia. Wyświetlacz pokazuje następne zadanie. Leciutko przyspieszam, ale bez szarpania. Już wiem, że tętno i tak narośnie, nie muszę się z tym spieszyć. Mijam biegacza. W taką pogodę trudno rozpoznać kogokolwiek. Ledżajny, kurtki, bufki, czapki i rękawiczki - tylko buty zawsze jakieś takie, niepasujące do pory roku. W moich już woda ogrzała się do temperatury ciała i jakoś nie przeszkadza, bo nogi złapały rytm i myśli znów odpływają...

A właściwie, to po co ja tak biegam? Goni mnie ktoś, czy może jakąś korbę mi w tyłek wsadził? Może nie warto się tak napinać na kolejną poprawę wyników? A co wtedy będzie mnie motywowało? Może satysfakcja, ale z czego, z truchtania? Może samo bieganie po lesie? Ale w nocy? - tam jest przecież fatalnie, gorzej chyba niż w Hawkins? A może jakąś koronę półmaratonów, czy maratonów by zrobić? Mało ci tych połówek na treningach?

...kolejne piknięcie zegarka i kolejny raz wracam do swojego ciała. "Rozbieganie, 2.00 km" pojawia się kolejno na wyświetlaczu. Ale ulga. W prawym boku zaczynało już powoli kłuć. Ciuchy mam całe przemoczone od wody i potu. Zaczynam rejestrować co działo się ze mną przez ostatnie kilometry. Prawy achilles daje radę, widać, że się dogrzał. Lewa stopa nie dokucza, prawa zresztą też - zmiana butów była chyba dobrym posunięciem. Na chłodnym powietrzu zauważam, że para leci mi ust przy każdym oddechu. Do tego, barki dymią jak lokomotywy parowe. Dostałem znów ostro po dupie.

Dobrze, że już koniec, bo ledwo sapię - ostatnie dwa kilometry do domu mam pod górkę i nie muszę się już spieszyć. Poprawiam bufkę na szyi, nic nie muszę. Trening kończę rozciąganiem, a potem szybko chowam się domu, bo ziębi mnie wszystko, zwłaszcza gdy tak wieje. Mięśnie nóg zaczynają się kurczyć, że ledwo odwiązuję sznurówki. Od progu słyszę pytanie, zawsze to samo:

- jak było?
- zajebiście!

środa, 26 lipca 2017

Moje Góry - 2/4

Na Karbie fot. Jacek Deneka
Wstaję przed budzikiem. Jest kilka minut po piątej rano, a słońce już daje na pełnej petardzie. Nogi nie bolą, ale stopy mocno obite po wczorajszym bieganiu. Bułka z dżemem i zbieramy się na start biegu Marduły. Marcin, Paweł i ja, identycznie jak w zeszłym roku. Od tego momentu do startu pamięć mam skutecznie wyczyszczoną przez adrenalinę.




Nie pamiętam nic, do chwili startu. 3... 2... 1... i ruszamy z Krupówek. W oddali majaczy grań, na tle niebieskiego nieba. Za kilka godzin wrócę z niej w to samo miejsce. Biegnę wolno, dużo wolniej niż pozostali. Może nawet za wolno. Przed szlakiem na Nosal doganiam Marcina i Andrzeja. Justyna i Zosia kibicują na tamie. Ruszamy w górę, nie jest ciężko, jest tak samo jak zawsze w tym miejscu.

Ktoś pstryka palcami i jestem już w Kuźnicach gdzie znów kibicują dziewczyny. Zaczyna się Dolina Jaworzynki. Biegniemy spokojnie z Andrzejem, a Marcin zostaje powoli z tyłu. Kolejny pstryk i jestem na Przełęczy Między Kopami. Andrzej zaczyna przyspieszać, ja trzymam swoje tempo. Do Czarnego Stawu Gąsienicowego biegnę, skręcam w prawo i zaczyna się podejście na Karb. Nastawiam się na ból, ale nie odpuszczam, choć w tym roku nie cisnę jakoś mocno. Czwórki nie palą jak rok temu, ale przyznaję, że trochę na to czekałem. Na górze Jacek Deneka oznajmia, że Paweł już leciał. Spoko, wiem że jest mocny jak koń (Lavaredo nie biega się bez przygotowań) i gonił nie będę.

Hala Gąsienicowa fot. Andrzej Tomczyk

Widoków, niestety, dla mnie nie ma. Oczy spuszczone w dół monitorują ścieżkę. Jest stromo, ale można skakać, a po jakimś czasie normalnie biec. Docieram do Hali Gąsienicowej gdzie czeka Martyna. Znów zastrzyk adrenaliny i zaczynam wspinać się na Przełęcz Liliowe. To miejsce zawsze mnie poniewiera, a czas dłuży się niemiłosiernie. Nie tym razem. Podejście znika w mgnieniu oka, a ja rozpędzam się w kierunku Beskidu. Dopiero tam zaczyna być ciężko. Turyści kibicują więc trzeba się starać. Docieram na Kasprowy i zaczynam zbiegać. Stopy cierpią na ostrych kamieniach, a nachylenie stoku powoduje znaczne przyspieszenie. Nie ma alternatywy dla tego miejsca. Albo będę gonił w dół i dobiję stopy, albo będę hamował i zniszczę czworogłowe. Staram się szukać złotego środka. Idzie nieźle, ale oddałbym teraz fortunę za lepsze buty. Merelle sprawdziły się zimą, ale przy tak ostrym bieganiu na zawodach, cholewka nie trzyma dobrze śródstopia. Staram się o tym nie myśleć.

Meta fot. Justyna

Myślenickie Turnie mijam rozpędzony i zaczyna się ostatni odcinek do Kuźnic. Cały czas w dół, szybciej i szybciej. W Kuźnicach dziki zakręt w lewo i jestem na wczorajszej trasie Sokoła. Zaczynam truchtać i nie pamiętam jak docieram do Doliny Białego. Przyspieszam, tempo 4:30/km nie jest szaleńcze, ale nogi już ciążą. Przede mną gość składa się ze zmęczenia i ląduje w krzakach. Nic mu nie jest, ale traci znacznie. Nie mija 200m i kolejny zalicza glebę. Też mówi, że nie potrzebuje pomocy. Moje nogi nie lepsze, co jakiś czas zahaczam o wystające kamienie. Adrenalina znów stawia mnie na nogi gdy tracę równowagę. Kończy się Dolina, a za chwilę też las. Pod nogami pojawia się asfalt. Wyprzedzam kolejne dwie osoby i biegnę na autopilocie do mety. Skręcam na ostatnią prostą i widzę kibicującą ekipę: Justyna, Asia, Ewa, Martyna, Zosia, Witek. Ale się drą! Tempo finiszu 3:31/km. Na mecie trochę boję się zdjąć buty, ale uśmiech jest.

Wysokogórski Bieg im. Druha Franciszka Marduły
03.06.2017
dystans: 32km
deniwelacja: +/- 2218m
czas: 4:21:57

środa, 12 lipca 2017

Moje Góry - 1/4

Nosal
Stoję na starcie, nierówne kocie łby wyraźnie wyczuwam pod stopami. Tłum wokół porusza się niespokojnie, jakaś dziewczyna obok je snickersa. Na jej przegubie błyszczy damski zegarek, taki ze wskazówkami. Rozmawiamy z Marcinem. To ostatnie chwile przed startem Biegu Sokoła. Ścieżka pnie się od razu w górę, nawet się nie zastanawiam, czy będzie bolało.
Nawet jeśli tak, to chyba na to czekam.



Ruszyliśmy, jedyna myśl w głowie, to "nie za szybko!". Biegniemy ramię w ramię, równo i spokojnie. Wymiatacze i gorące głowy poszły do przodu, za jakiś czas wyprzedzę tych drugich. Piątka z Marcinem Świercem i skręcamy na czarny szlak. Idzie dobrze, zadziwiająco dobrze. Mocne podejście, po korzeniach, więc zwalniam. Prawie maszeruję. Wiem, że jeszcze przyjdzie czas na szybkie bieganie. Jestem na Ścieżce nad Reglami i biegnę w kierunku Doliny Białego.

Marcin zwolnił i został gdzieś z tyłu. Góra-dół, góra-dół, profil szaleje jak sinusoida. Zaczyna się ostrzejszy zbieg i dogania mnie dziewczyna. Chwilę biegniemy razem, aż w końcu mnie wyprzedza. Jestem spokojny, znam swoje możliwości i już wiem, że buty w których biegnę mogłyby być lepsze. Zaczyna się Dolina. Spokojnie się rozkręcam i biegnę z zapasem. Jeszcze nie pora na szaleństwa. Suunto odhacza kolejny kilometr, spoglądam na tempo: zrobiony w 3:47". Mijam kolejne osoby i przyszłą zwyciężczynię biegu. Kończy się Dolina Białego i skręcam w lewo na Drogę pod Reglami. Niby płaska, ale pofalowana. Co chwila małe podbiegi i zbiegi. Mija szybko, lub tylko tyle zapamiętałem.

U wlotu do Doliny Strążyskiej piję łyk wody i resztę wylewam na plecy. Wolontariusze jak zwykle wspaniali. Tym razem widzimy się zbyt krótko, bym się odzywał. Przypominam sobie mój pierwszy bieg - w tym miejscu jeszcze truchtałem by za chwilę przejść w marsz i tak do końca. Nie tym razem. Biegnę, może nie szybko, ale biegnę. Doganiam kolejne postacie i nagle kończy się dolina. Kolejny skręt w lewo i jestem na schodach do Czerwonej Przełęczy. Mam jeszcze zapas, ale zaczynam szybki marsz. Tym razem jakby mniejsza ta góra. Zostawiam ostatnie osoby za sobą, aż znikają z pola widzenia. Dociskam ręce do ud. Jest ciężko, jest zajebiście. Płuca dyszą, ale nogi jeszcze nie palą. Suunto coś tam pobrzękuję, kończę z marszem i zaczynam podbiegać. To się chyba nie dzieje. Mam tyle siły, że ostatnie kilkaset metrów "biegnę".

Na końcu podejścia stoi Zosia i klaszcze, Ewka siedzi na pniu i też klaszcze. Wbiegam na polankę pod Sarnią Skałą, tam stoi Justyna, Martyna i Paweł, który rusza za mną. Ale przypływ adrenaliny. Zaczynam zbiegać. Ścieżka szaleńczo opada w dół po kamieniach i skałach. Doganiam kolejnego zawodnika, już nie biegnę, ja zapierdalam. Nogi przebierają drobniutko, a ja instynktownie wybieram dla nich miejsce na skałach. Mam świadomość, że jedna błędna decyzja przy takim tempie i zwiozą mnie karetką do Zako. Paweł się decyduje poczekać teraz na Marcina.

Lecę dalej sam. Na mocnych podbiegach zwalniam i truchtam lub podchodzę. Zaczynają się mostki i schody, a ja czuję się jak pies urwany z łańcucha. Jeszcze jeden wyprzedzony i zapieprzam do mety. Zbieg do Kalatówek też jakiś krótszy. Zaczynają się kocie łby. Wiem, że nie będę mógł biec szybko bo odbiję sobie do reszty odparzone stopy. Rozpędzam się powoli, ale końcówka to tempo 3:24/km. Wpadam na metę, dwie minuty przed pierwszą kobietą i 6 przed Marcinem. To był dobry bieg, pomimo strat w stopach. Euforia trwa długo. Naćpałem się wreszcie tych Tatr.

Bieg Sokoła
02.06.2017
dystans: 15,6km
deniwelacja: +/- 1013m
czas: 1:39:31

Na mecie z Marcinem, fot. Paweł

wtorek, 28 marca 2017

10. Poznań Półmaraton, jak nie spaprać zawodów

Radość z biegania, tło przykładowe
Maniacka Dziesiątka nastawiła mnie pozytywnie do biegowych wyczynów, bo zrobiło się jakby szybko. Jestem zwolennikiem podejścia, że lepiej pić łyżeczką wytrwale, niż napić się z wiadra raz i utopić. Nie oczekiwałem po wiośnie niczego więcej ponad własną satysfakcję i z takim właśnie nastawieniem podchodziłem do startu w poznańskiej połówce. Przepracowana zima nie była żadnym dupochronem, ani rozdmuchaną bańką z niebotycznymi planami. Mój cel pozostał niezmienny: nie zabić radości biegania i poprawiać wyniki, jak długo się da.


Pierwszym kawałkiem mojej układanki było otrzaskanie z zawodami. Nie będę sadził truizmów typu "startuj często, wyrobisz sobie nawyk" i innych podobnych oklepanych frazesów. Samo startowanie niewiele daje, jeśli nie wyciągam wniosków i brnę dalej w spinę, podwyższając poprzeczkę, której nigdy nie osiągnę. To dla mnie ślepa ulica, w którą chyba jeszcze nie zabłądziłem. Wiecie przecież jak to jest, każdy kumpel jest dobry jeśli klepie Cię po plecach, nawet jeśli zjebałeś start. Nie tędy droga. Dla mnie otrzaskanie, to brak sraczki przedstartowej i spokojny sen w całym tygodniu oraz dzień przed zawodami. Całą zimę startowałem w zawodach, skrupulatnie notując plusy i minusy, po każdym biegu.

Tylko Ojca Błażeja nam brakowało

Realne oczekiwania, to chyba drugi w kolejności element. Nawet jeśli wszystkie biegi ciągłe, akcenty, podbiegi i całą resztę treningów zrealizowałem z perfekcją metronomu, nie oczekuję cudu płynącego z opasek kompresyjnych i butów z niższym dropem. Pobiegnę na tyle, na ile serce mi pozwoli. Ja mogę się spodziewać, po kilku latach biegania, że będzie to tempo ok. 10 sekund wolniejsze niż na zawodach na 10km, które pobiegłem dwa tygodnie wcześniej, nie rzygając z bólu na trasie i mecie. Biegnąc półmaraton zacząłem nawet pierwsze dwa-trzy kilometry wolniej o dodatkowe 5 sekund. Nigdy odwrotnie!

Trzecia rzecz, to plan na bieg. Już nie liczę na to, że "jak się będę dobrze czuł" to przyspieszę - kolejna obłuda, którą się czasami karmiłem. Nigdy się dobrze nie czuję gdy lecę kolejny kilometr, a serce pracuje już w trzecim zakresie. Co wtedy robię? Nie biegam zawodów w trzecim zakresie ;) Proste, jak z poradnika dla akwizytorów. Poznańską połówkę rozplanowałem więc sobie w głowie tak: pierwsze trzy kilometry spokojniej (Pani trener zaleciła), potem 14 kilometrów biegu ciągłego (umiem to przecież), a od siedemnastego mocniej, jeśli nie spaprałem początku, a nawet jeśli, to też mocniej jak mocna głowa pozwoli. Ze względu na silny wiatr i obawę o odcięcie, realizację ostatniej części przesunąłem na okolice osiemnastego kilometra.

Mocna głowa, czyli czwarte koło u wozu. Tego jeszcze nie umiem i nie wiem chyba co to tak naprawdę znaczy. Myślenie o dupie Maryni mi nie pomaga, o finiszu też zresztą nie. Są jednak takie chwile, że w trakcie zawodów odlatuję myślami daleko od biegania i orientuję się, że całe ciało nadal biegnie, mimo że ja w tym czasie zapomniałem o bieganiu. Jeszcze tego nie umiem kontrolować, ale zdarza mi się coraz częściej doświadczyć. Może to jest ten sportowy wkurw, albo sznurowadło, które rozwiązało się na dziesiątym kilometrze i rytmicznie pukało o prawą kostkę, przez kolejne jedenaście kilometrów.

Dyndało, ale je przetrzymałem

Po piąte, pogoda. Nie mam na nią żadnego wpływu więc już nie jęczę, że wieje lub pada. Trenowałem ciężko całą zimę, nie unikając wiatru w twarz, wracając często złomotany treningiem, prawie na kolanach. Robiłem to właśnie po to, by z podniesioną głową zawalczyć na zawodach. Karolina Nadolska też miała wiatr w twarz od 17 kilometra i pobiła rekord Polski, a Marcin Chabowski zlał Kenijczyków w pięknym stylu. Dlaczego ja miałbym zrezygnować z własnych marzeń z powodu wiatru czy deszczu?

Profil trasy - prawie jak z pogodą, ale łatwiej. Jeśli uważam, że jest za trudny, to albo się z tym godzę, albo wybieram inne zawody. Nie zawsze trzeba iść na zderzenie z trasą i biec pofałdowany półmaraton żeby potem szukać usprawiedliwienia ("bo trasa była za trudna"). Poznań, dla mnie, od zawsze ma trasy trudniejsze niż Warszawa, ale warto przecież próbować - nie tylko te dwa miasta organizują zawody. Dodatkowo przetestowałem, że nie warto trzymać się kurczowo tempa na podbiegach jeśli występują, tylko raczej kontynuować intensywność biegu, by na płaskim mieć siłę wrócić do realizacji planu. Tak właśnie zrobiłem na jedenastym kilometrze poznańskiej połówki.

Zadowolony biegacz na trasie

Siódmy element - odżywianie na trasie. Nie wiem czy już umiem, ale próbuję. Przed każdymi zawodami, zazwyczaj 3 godziny wcześniej, jem owsiankę z bananem. Dla mnie to sprawdzona porcja energii. Czterdzieści minut przed startem zjadłem żel i taki sam zabrałem na trasę, by zjeść tuż przed punktem z wodą na 10 kilometrze. Na każdym punkcie odżywczym (co 5km) piłem łyczek wody. Po zeszłorocznych przebojach z łydkami, zabrałem ze sobą magnez. Żeby nie taszczyć tych dodatkowych 25 gram do mety, wypiłem go na 15 kilometrze. Czy zadziałał? Nie wiem, ale problemów z łydkami i brzuchem nie miałem.

Po ósme, nie bój się być lepszy. Tym razem nie dałem się zwieść głowie, która na 14 kilometrze włączyła alert "halo, halo! Właśnie dogoniłeś Darka, który biega szybciej od ciebie". Przez pół sekundy dałem się wyrolować i chciałem zrównać tempo, ale jakiś nieznany wcześniej zmysł podpowiedział mi, że nie muszę. Biegnę zaplanowanym tempem, nie cierpię, ani nic mnie nie boli, dlaczego mam go nie wyprzedzić? To samo odbyło się na 17 kilometrze z Justyną i na 20km z Piotrem. Może właśnie to nazywa się mocną głową? - jeszcze nie wiem, ale się dowiem.

Meta już blisko, foto: Marcin Mondorowicz

Tym sposobem dotarłem do ostatniego kilometra, gdzie nadal biegło mi się dobrze, a rozwiązane sznurowadło nadawało rytm biegu. Nie musiałem się do niczego zmuszać ani napinać. Nie patrzyłem już na zegarek tylko biegłem tak szybko, jak nauczyłem się na treningach. Ten odcinek był najszybszym z całego biegu i mimo przebytego dystansu sprawił mi najwięcej frajdy. Na mecie podobno były jakieś światła, lasery i inne cuda... chyba nie zdążyłem zauważyć, bo biegłem w okularach przeciwsłonecznych ;)

Mój metronom

Myślę, że nie ma jednej uniwersalnej recepty na bieg idealny, ale powyższa układanka sprawdziła mi się najlepiej ze wszystkich, które do tej pory próbowałem. Jestem bardziej niż zadowolony, nie tylko z czasu (1:21:58), ale właśnie ze stylu w jakim to zrobiłem.

Tym razem nie napisałem nic o przyjaźni, bo nie lubię się powtarzać, ale ten aspekt pozostaje niezmienny w moim biegowym życiu. Każdy drobny sukces smakuje o niebo lepiej, jeśli możesz się nim podzielić. Fotki są tylko namiastką.





czwartek, 12 stycznia 2017

Ultrasem nie zostanę, blogerem też chyba nie

Od maja sporo czasu minęło, o kilometrach nie wspominając.
W sumie, to nawet nie wiem od czego tu zacząć, po takiej długiej przerwie. Oczywiście, biegałem w tym czasie, startowałem, poprawiałem wyniki, próbowałem nowych dystansów, ale przede wszystkim zachorowałem na dziwną chorobę (nie filipińską), która zabrała mi dużo z radości biegania i sportu, w zamian oferując ból i nieprzespane noce. Walczę z nią do dziś.


Chyba faktycznie muszę zacząć od końca. Zamrożony bark dopadł mnie z zaskoczenia i cichcem. Nawet się nie zorientowałem, kiedy w połowie maja przestałem ruszać lewą ręką, a zauważyłem to dopiero gdy nie byłem w stanie zamknąć za sobą drzwi w samochodzie. Długo by opowiadać skąd, co i jak. Zaczęło się w lutym, a kumulacja nastąpiła w maju. Sam nie wiem jak mogłem biegać, nie machając lewą ręką...

W czerwcu zaliczyłem kolejną "Mardułę". Mimo solidnej gleby (musiałem nawet chwilę posiedzieć by dojść do siebie) w Dolinie Goryczkowej, na ten pieprzony lewy bark, poszło mi dosyć ładnie. Pogoda sprzyjała i biegło się całkiem przyzwoicie. W efekcie poprawiłem poprzedni wynik aż o 36 minut. Dalej, w ramach "Ej, pobiegnij dla Nepalu" spróbowałem się na pierwszej piątce w życiu. Oczywiście spaprałem, zakwasiłem się, ale drugi open zabrzmiało przyzwoicie. Potem szybka dycha Piotra i Pawła, gdzie znów poprawa o 33 sekundy, na tej samej trasie.

Bieg Druha Marduły. Fot. Jacek Deneka

W lipcu przebiegłem moje pierwsze ultra, Trójmiejski Ultra Track z przewyższeniem +1500m na 65km trasie. Najważniejsze wspomnienie tego biegu to "zacznij spokojnie". To były słowa, które słyszałem ze wszystkich stron, jeśli tylko zapytałem o poradę biegających ultrasów. Może się zdziwicie, ale posłuchałem. Zacząłem tak wolno, że po pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że wyprzedzili mnie już wszyscy, łącznie z matkami karmiącymi i inwalidami na wózkach. Aż bałem się odwrócić by nie zobaczyć, że faktycznie jestem ostatni. W sumie do dziś nie jestem pewien jak to się dalej toczyło na trasie, że na 48km nie czułem już kryzysu i leciałem sobie tempem rozbiegania. Mimo mocnych górek w końcówce biegu, do mety dotarłem na 25 pozycji open. Niedosyt jednak pozostał :)
 
Meta TUT

Sierpień nie był miesiącem startów, ani mocnego biegania. Troszkę odpocząłem przebiegając raptem 186km na treningach. Lewa ręka nadal nie dawała chwili wytchnienia, całe szczęście ból już bardziej się nie pogłębiał. Mimo dwóch miesięcy rehabilitacji, ramię ani drgnęło. Ciężko było samemu wytrzeć się po prysznicu, o zakładaniu długich rękawów nie wspominając. Ból wywracał mi powieki na lewą stronę.

Początek września to kolejne 10km Piotra i Pawła, w Gdańsku. Pogoda nie była niespodzianką i tym razem również nie "zawiodła". Cały bieg lało, aż do rozmoczenia trasy, która biegła, w większości, alejkami parkowymi. Błotko, jak na prawdziwym trailu tyle, że w zwykłych asfaltowych startówkach. Czas na mecie też nie był niespodzianką, 8 sekund gorzej niż w roku poprzednim i 18 miejsce open - trudno, trzeba będzie dotrenować na kolejny rok. Dwa tygodnie później pobiegłem kolejne ultra. Forest Run na 52km trasie nie był tak wymagający jak TUT czy Marduła, ale leśny dystans zrobił swoje. Oczywiście planowałem odwet za zbyt wolnego TUT'a i rozpocząłem dużo szybciej. Niby biegło się nieźle, ale okropny upał zrobił swoje. Zdechłem po 30 kilometrze, a na mecie poszedłem spać. Okazało się, że rozłożyło mnie przeziębienie, o którym nie wiedziałem. Czas 4:44:43 dał mi 21 miejsce open i poczucie, że znów poszło nie tak jak sobie wyobrażałem. Bark leciutko odpuścił z bólem, ale niestety drugi zaczyna coś śpiewać, że też wysiada. Jeszcze tego mi brakowało!

Październik to długo wyczekiwany miesiąc. Wystartowałem pierwszy raz na Dziewiczej Górze, koło Poznania. Okazało się, że to super bieg i w dodatku cykliczny. Coś jak warszawska Falenica, ale z dużo bardziej wymagającymi wzniesieniami. Normalnie bieg górski w mieście :) Dystans 10km (dwie pętle) zaliczam w 0:51:12 trzymając w ryzach tętno, aby nie skakało wyżej niż koniec pierwszego zakresu. Wreszcie nadchodzi start sezonu - Łemkowyna 70km. Tyle opowieści i zachwytów wokół biegu dawno nie słyszałem. Naprawdę, pojechałem tam z ogromnym entuzjazmem, bo to coś, jakby zmierzyć się z legendą. Niestety, sam bieg jest dla mnie totalnym rozczarowaniem. Praktycznie 90% trasy przebiegało w deszczu i błocie, co ponoć jest już tradycją. Czar prysł, a w zasadzie rozmoczył się całkowicie. Dawno nie przeżyłem czegoś tak dołującego jak ten bieg. Nie dziwię się, że tylu zawodników odpadło z trasy, o dystansie 150km nie wspominając - żaden z moich biegających znajomych go nie ukończył. Nie dość, że nie dało się zobaczyć piękna okolic, to jeszcze trudno mówić o "bieganiu" na brnięcie w mazi, która oblepiała wszystko, a nawet zdejmowała buty. To "mlaskanie" błocka zbyt mocno wyorało mi mózg, bym z własnej woli postanowił to powtórzyć.

Po tym biegu zdecydowałem - ultrasem nie zostanę. Nie wiem, czy źle wybrałem zawody, czy może są fajniejsze i miałem pecha, ale trudno. Nie chce mi się ciągle próbować i nic z tego nie mieć. Na asfalcie, w Tatrach, czy na Dziewiczej Górze mam chociaż wewnętrzną satysfakcję i radość z dotarcia do mety, nawet gdy nic nie wygram lub nie połamię. Tutaj nic, zero absolutne, poza aspektami towarzyskimi niezmodowanej ekipy Smashing Pąpkins, która towarzyszyła mi na wszystkich trzech biegach. Ultra nie jest dla mnie.

Łemko, Łemko i po Łemko. Zaliczam roztrenowanie i wracam na ścieżki w listopadzie. Poza kolejną Dziewiczą Górą w 0:47:49, powoli wchodzę na obroty. Dużo treningów w tlenie, bez mocnego kilometrażu. Okazuje się, że w tym miesiącu przebiegam najmniej w ciągu całego roku - 153km to raptem połowa tego co biegałem w styczniu, lutym lub marcu. Nie martwię się, przecież nigdzie mi się nie spieszy. Lewy bark zaczyna się wreszcie wyraźnie otwierać, za to prawy sprawia coraz większy ból.

Grudzień. Rozkręcanie nóg trwa. Biegnę pierwsze w życiu zawody (5km), które wygrywam. Ranga może niewielka, bez pomiaru czasu, bez podium i pucharów, ale satysfakcja niesamowita. Nawet sobie nie wyobrażałem jaki to jest stres, kiedy po trzech kilometrach wychodzisz na prowadzenie i masz tą świadomość, że reszta nadal cię goni. A tak naprawdę, to nie wiesz, czy to taktyka przeciwników, żeby puścić leszcza przodem, czy może już brak sił. Dopiero na mecie słyszę z ust drugiego zawodnika: "przeholowałem z tempem". No trudno, zdarza się - sam doprowadziłem tętno do 191 uderzeń, na kilometr przed metą, i musiałem to "jakoś" utrzymać. Tydzień później znów lecę Dziewiczą Górę - tam już luz. Widoki i atmosfera wspaniałe. Konsekwentnie trzymając się tętna, biegnę jeszcze szybciej niż poprzednio i kończę z wynikiem 0:46:40. Rok 2016 zamykam z kilometrażem prawie identycznym jak w roku poprzednim, przebiegnięte 2927km.

Ten rok biegowo nie różnił się wiele od poprzednich. Trzy najważniejsze dystanse  (10km, 21km i 42km) to trzy nowe życiówki. Jedyny zgrzyt to choroba barków, która trwa. Wyniki są jakie są, ale mnie bardzo cieszą i sprawiają, że bieganie traktuję jako katalizator otaczającej rzeczywistości. Nie lubię się napinać, zwłaszcza w dziedzinach, które mają być dla mnie przyjemnością. Nie mam parcia na szkło, i nie czuję potrzeby pytać Was codziennie na fejsie czy biegaliście, ani wrzucać fotek z owsianką. Lubię biegać, programować i analizować treningi oraz planować, zwłaszcza wycieczki biegowe, ale to chyba mało poczytny temat w zalewie postów typu "jak się ubrać zimą/latem", "mój pierwszy maraton" czy "podsumowanie miesiąca". Nie jara mnie zupełnie sztuczna pogoń za lajkami, ale bardzo cenię sobie ludzi, których poznałem tutaj i dzięki bieganiu.
Nie chciałem aby ten blog wyglądał na porzucony, ale naprawdę - wolałem nie pisać nic, niż walić posty "z dupy" i o niczym. Mam nadzieję, że się nie obrazicie jak zakończę tym wpisem działalność bloga?

piątek, 20 maja 2016

Mój pierwszy maraton, którego nie spaprałem

Kiedy 24 kwietnia stawałem w strefie startowej Orlen Maratonu, wydawało mi się, że jestem gotowy do tego biegu. Słowo "wydawało" jest chyba kwintesencją moich wyobrażeń. Fizycznie, faktycznie, mogłem tak pomyśleć - wszystkie treningi zrealizowałem z zegarmistrzowską precyzją, nie opuściłem żadnego, nawet gdy żaby leciały z nieba, a wiatr wiał z siłą tornada.



Maraton, to jednak coś zupełnie innego niż pozostałe biegi. Dla mnie, to układany warstwa po warstwie domek z kart, który byle fałszywy ruch potrafi rozsypać w drobny mak. Mój Orlen rozsypały buty. Nie, wcale nie nowe, ale takie, które skutecznie spięły mi łydki na 15 kilometrze trasy. Od dwudziestego nie miałem już praktycznie czym biec i odechciało mi się wszystkiego. Przestałem jeść (do tej pory, nie jadłem nigdy podczas maratonów) i konstrukcja mojego domku skutecznie się waliła. Na 30km było już chyba po wszystkim. Siłą woli doczłapałem się do mety, nie przyspieszając nawet na ostatniej prostej. Totalna klapa 3:12:23. Znowu zjebałem...


Oj zabolało. Zabolało tak strasznie, że wracając z Warszawy wiedziałem już, że muszę spróbować jeszcze raz. Ale nie za rok, nie w kolejnym sezonie, ale już. Teraz! W głowie dudniła tylko jedna myśl:

- szukaj kolejnego maratonu, za trzy tygodnie!

Czułem, że forma jest, i że nie rozładowałem zgromadzonej energii, tym startem. Padło na Gdańsk. Nie będę się rozpisywał jakich metod wróżenia z fusów, plątania mgły czy szklanej kuli użyłem, by być pewnym swojej karkołomnej decyzji. Wiedziałem, i już. Dwa maratony w trzy tygodnie, z biciem życiówki i łamaniem magicznej, dla mnie, bariery 3 godzin. Normalnie czubek.

Wróżbita Wybiegany

Spięte łydki doprowadzałem do stanu używalności przez 1,5 tygodnia. Fizjoterapeuta, ćwiczenia i rozciąganie w domu, a one nic, nie dawały za wygraną - ździry. W końcu, w akcie desperacji i przypływu złotej myśli, postanowiłem polać je wodą. Raz gorącą, raz zimną i jeszcze raz gorącą. Pod prysznicem oczywiście, a nie z czajnika i studni. Pomogło! Puściły w końcu i pozwoliły potrenować. Niestety, mało czasu się zrobiło, a ja musiałem się uporać jeszcze z przyczyną tego stanu - butami.

Walka, jaka stoczyła się w mojej głowie, na tym polu była wprost wyniszczająca. Butów pełna szafa, a biec nie było w czym. Te trialowe, te treningowe, te kolejne trialowe, te z Gore, te zadeptane i do wyrzucenia, te startowe spinają mi łydki, a te znów odbijają mi śródstopie. Kurwa, jak żyć? Na nowe nie było czasu, a ryzyko powtórki z Orlenu ogromne. Wybrałem w końcu treningowe, z przebiegiem 250km, prawie jeszcze pachnące chińskim klejem. Ciężkie jak skurczybyk i sztywne jak cholera, ale jedyne w mojej stajni z dropem 8mm - musiały się spisać.

Skoro nogi i buty już miałem gotowe, to może jakiś trening by się przydał? Plan pokonania 50km podczas Wings4Life między bajki wsadziłem i zrobiłem 10km rozgrzewki + 5km w tempie maratonu. Zziajany jak pies, biegiem w 30 stopniach C, marzyłem aby za tydzień było chłodniej. W zasadzie to błagałem, bo moja wydolność biegowa w takim upale uleciała w niebyt.

Dobra, to jeszcze żarcie. Jak ja nie cierpię smaku tych żeli. Kwintesencją jedzenia na maratonie byłby choćby taki sandwich z kebabem, albo klopsem i musztardą, a tu mi każą jeść jakiś glut o smaku bliżej nieokreślonym, bez względu na opisy typu "Citron" czy "Orange" na etykiecie. Wyliczenia 10km, 20km, 30km zamieniłem na bardziej dokładne: 40 miut, 1 godzina 20 minut, 2 godziny i 2 godziny 30 minut. Taki był plan dokarmiania. Na ostatni posiłek wybrałem sprawdzony podczas W4L specyfik o płynnej konsystencji, mając w głowie wyobrażenie wstrętu do tych galaretowatych wynalazków.

Byłem prawie gotowy. Ostatni tydzień spędziłem na wybieraniu, od czwartku, potraw z większą zawartością węglowodanów w zamian wszystkich innych składników pokarmowych. W ruch poszły białe bułki z miodem, makarony z mąki pszennej, naleśniki, wafle ryżowe w czekoladzie, banany i na koniec dnia w piątek piwo. W sobotę, korzystając ze wspaniałej gościny Państwa Suchych Szosów, opitalałem makaron i pizzę domowej roboty, zapijając colą, w rozsądnych jednak ilościach. Nie uchował się też tort bezowy, który polewałem moim ulubionym mlekiem czekoladowym z tubki. Po prostu nie brałem jeńców.

Rano, wiadomo. Bułki z dżemem i miodem, tak dla przełamania słodkiego smaku + cola zamiast kawy, której nie piję. Toaleta, spacer, toaleta i jechaliśmy na start. Tam toaleta, stoperan, truchtanie i stoję w strefie startowej

Myśli krążą po głowie. Foto by Maratony Polskie

Zakładając, że powstaje właśnie dokument typu "Mój idealny maraton" nie będę pisał jak to podziwiałem uroki miasta i zachwycałem się pogodą. Gdańsk ładny, a pogoda fatalna. Temperatura w okolicy 12 stopni C, ale z potwornym wiatrem, który na ostatnich kilometrach zamienił się chyba w tornado. Ale ja nie o tym teraz...

Ruszyliśmy. Tempo ciut szarpane, aż do stadionu, który zwiedziliśmy na pierwszym kilometrze. Tam się peleton uspokoił, większość znalazła swoje miejsce w szeregu, a ja obserwowałem pilnie, kto wokół mnie rokuje na trzymanie równego tempa. Te poszukiwania trwały aż do 4km. 
Ktoś wypalał do przodu, ktoś zwalniał i się wycofywał - ja znalazłem swój rytm i trzymałem stabilne tempo 4:15/km Bez szału, ale ze świadomością, że nie ma zajęcy na 3 godziny i zdany jestem wyłącznie na siebie, no prawie wyłącznie... ;)

Tempo się stabilizuje

Mając odrobinę zdrowego rozsądku w głowie, postanowiłem pobiec ciut wolniej niż na Orlenie - wiedziałem (szklana kula), że nie jestem w tak idealnej formie jak trzy tygodnie temu i nie chciałem przeholować.

Biegniemy. Woda na 5km wzięta planowo, tętno już uspokojone, aż tu nagle niespodzianka. Organizatorzy wpadli na zajebisty pomysł, aby na 6km wbiec do budynku. Idea fajna, ale drzwi Europejskiego Centrum Solidarności dość wąskie. Ja się zmieściłem, ale ciepło myślałem o tych co biegną wolniej, większymi grupami.

ECS w tle, właśnie zaliczone

Zjadam żel po 40 minutach i notuję w głowie, że nie był taki fuj jak o nim myślałem. Popijam wodą i staram się wyłączyć mózg. Może się udało, bo dziś już nie pamiętam co się ze mną działo. Trasa prosta jak strzała, chyba z 10km albo i dłużej. Mijam na 12km kibicującą ekipę Smashing Pąpkins na czele z Suchą Szosą i rodziną (zajebiści są co?) - to dodało niesamowitej energii.

Kibicing pełną parą. Foto by Justyna

Tempo równe, nie spieszę się. Co 5km piję wodę i polewam się. Po każdym piciu walczę oddechami z pojawiającą się kolką (tu mam chyba ten stoperan do poprawy). Zbliża się 20 kilometr i godzina kolejnego karmienia. Z nieukrywanym strachem, który miesza się ze wstrętem sięgam po kolejny żel. Nagle patrzę, ekipa z którą biegłem gdzieś się schowała. Część poleciała do przodu, reszta chyba została z tyłu. Spojrzałem kolejny raz na Suunto - tempo w normie - więc olałem uciekinierów, tłumacząc sobie, że pewnie negativ-split lecą. Za chwilę miałem wyjąć asa z rękawa...
 
Dziesięciokilometrowa prosta. Foto by Justyna

W zasadzie to As sam się wyjął, a ściślej przyjechał z Warszawy, na 21 kilometr trasy.
To wspaniałomyślny Krasus, który zaproponował, że potowarzyszy mi w ramach treningu do Rzeźnika, prowadząc mnie od połowy, do mety maratonu. Wtedy dostałem dodatkowych skrzydeł, chociaż na tym etapie nie były mi jeszcze potrzebne.

Połówka zaliczona w 1:29:41, wystarczy trzymać to tempo do mety. Czysto profilaktycznie sprawdzam tętno, 171 uderzeń na minutę - dla mnie to pierwszy zakres,  jest dobrze. Biegniemy we dwóch. Świat na chwilę przestał istnieć. Krasus podaje mi kubki na punktach z wodą i zabiera dodatkowe żebym mógł się polewać. Wbrew pozorom to wybija mnie z rytmu. Wolę zabierać je sam, i tak ustalamy od następnego punktu.

Krasus w pełnej krasie

Mija godzina i 54 minuty biegu. Zjadam kolejny żel, bo za chwilę ma być wodopój. Nic się w sumie nie dzieje. Standardowo, po piciu mała kolka, słońce i przeciwny wiatr.  Co jakiś czas wymieniamy po zdaniu. Dobiegamy do 30 kilometra. Zaczyna się Park Ronalda Reagana. Sprawdzam tętno, nadal w pierwszym zakresie. Hmm... jeszcze nigdy tak dobrze nie czułem w tym miejscu na maratonie. Na 33km Krasus rzuca pytanie:

- jak się czujesz?

Odpowiadam jak sobie wcześniej w myślach, że jeszcze nigdy, w tym miejscu, nie czułem się tak dobrze i proszę abyśmy trzymali tempo. To moment w którym pierwszy raz zauważam, że nie wieje wiatr. Biegniemy nadal przez park i to jedyne 200m gdzie nie czułem wiatru. Wybiegamy z Parku i zaczyna się syf...

Noga w nogę, w parku. Foto by Karol

Trzydziesty piąty kilometr i pizga złem ze wszystkich kierunków. Jakbym się nie chował dostaję wiatr w pysk. Nic nie pomaga. Dodatkowo, coś dziwnego skręca mi żołądek. Czuję, że biegnę z cegłą w brzuchu. Walczę i walczę, ale coraz ciężej utrzymać tempo. Trochę zwalniamy.
Zaczynają się wiadukty i estakady. To nie pomaga, a wiatr się nasila. Wypijam ostatni posiłek i  staram się utrzymać bieg. Krasus próbuje mi śpiewać, a ja zaczynam cierpieć.

Grupka uciekinierów. Foto by AK-ska Photography

Końcówka zaczyna robić się nieciekawa. Rejestruję, że dogoniliśmy grupkę, która uciekła mi na 20km. To nie pociesza, ale oznacza, że ich też przystopowało. Flagi łopoczą i łeb mi urywa. Znów pojawiają się nasi kibice. Niezmordowany Sucha Szosa z rodziną i ekipą Smashing Pąpkins stoją z banerem. Krzywym jak cholera. Po chwili dociera do mnie, że to ja biegnę z przechyloną od wiatru głową. Nie jest dobrze.

Niesamowici. Foto by Justyna

Mijam się z Mezem na zawrotce. Jest niecały kilometr przede mną, a miał biec na 2:50, też walczy z padaką. Zostają mi dwa ostatnie kilometry. Krasus robi co może, ale ja już nie mam siły przyspieszyć. Cegła w brzuchu i ten pierdolony wiatr zrobili swoje. Brniemy jak w bagnie w kierunku mety. Już nie chcę biec, już chcę na metę. Wszystko mi jedno. Już dawno nie patrzę na zegarek.

38 kilometr, łepek się kiwa. Foto by Ewa

Marcin jeszcze próbuje mnie wskrzesić, ale mój silnik niestety zdechł. Jesteśmy na wysokości Amber EXPO, za 600 metrów meta. Błażej znów kibicuje! Wichura napiera ze wszystkich stron i przestawia barierki, to chyba jakiś absurd pogodowy. Przez przeraźliwe wycie wiatru przedziera się głos, że "jakiś" Korol biegnie przede mną (Olimpijczyk i czterokrotny Mistrz Świata) i mam przyspieszać. Jestem jak zombie. Niby przyspieszam i faktycznie wymijam gościa. Za chwilę mam wbiec do hali z metą...

Nieocenione wsparcie. Foto by Justyna

Wreszcie. Widzę zegar! Trzy godziny, trzy minuty i jakieś tam sekundy. To dodaje mi sił na końcówkę, uśmiecham się do siebie. Myślałem, że będzie dużo gorzej. Wbiegam na metę, przybijamy piątkę z Marcinem i padam instynktownie na kolana, pĄpować. Zostaję na podłodze, chcę odpocząć i mój brzuch też tego potrzebuje. Z zamkniętymi oczami oddycham głęboko, ktoś wiesza mi medal na szyi, łzy spływają mi po policzkach. Jestem zadowolony.

Styl beznadziejny, ale zawsze. Foto by Sobmar

Muszę przyznać, że bolało. Tak po prostu, fizycznie, ale za to psychicznie wzmocniłem się jak cholera. Niby "trójka" nie złamana, ale już blisko. Zrobiłem co miałem zrobić, już tylko niuanse zostały do poprawy. Wynik 3:03:48 to życiówka poprawiona o ponad 5 minut. Po tylu nieudanych próbach jestem pewien, że treningi działają i umiem już wreszcie biegać te maratony.
A wiatr? W dupie go mam, z pajacami nie gadam.

Odczyty z mat