piątek, 20 maja 2016

Mój pierwszy maraton, którego nie spaprałem

Kiedy 24 kwietnia stawałem w strefie startowej Orlen Maratonu, wydawało mi się, że jestem gotowy do tego biegu. Słowo "wydawało" jest chyba kwintesencją moich wyobrażeń. Fizycznie, faktycznie, mogłem tak pomyśleć - wszystkie treningi zrealizowałem z zegarmistrzowską precyzją, nie opuściłem żadnego, nawet gdy żaby leciały z nieba, a wiatr wiał z siłą tornada.



Maraton, to jednak coś zupełnie innego niż pozostałe biegi. Dla mnie, to układany warstwa po warstwie domek z kart, który byle fałszywy ruch potrafi rozsypać w drobny mak. Mój Orlen rozsypały buty. Nie, wcale nie nowe, ale takie, które skutecznie spięły mi łydki na 15 kilometrze trasy. Od dwudziestego nie miałem już praktycznie czym biec i odechciało mi się wszystkiego. Przestałem jeść (do tej pory, nie jadłem nigdy podczas maratonów) i konstrukcja mojego domku skutecznie się waliła. Na 30km było już chyba po wszystkim. Siłą woli doczłapałem się do mety, nie przyspieszając nawet na ostatniej prostej. Totalna klapa 3:12:23. Znowu zjebałem...


Oj zabolało. Zabolało tak strasznie, że wracając z Warszawy wiedziałem już, że muszę spróbować jeszcze raz. Ale nie za rok, nie w kolejnym sezonie, ale już. Teraz! W głowie dudniła tylko jedna myśl:

- szukaj kolejnego maratonu, za trzy tygodnie!

Czułem, że forma jest, i że nie rozładowałem zgromadzonej energii, tym startem. Padło na Gdańsk. Nie będę się rozpisywał jakich metod wróżenia z fusów, plątania mgły czy szklanej kuli użyłem, by być pewnym swojej karkołomnej decyzji. Wiedziałem, i już. Dwa maratony w trzy tygodnie, z biciem życiówki i łamaniem magicznej, dla mnie, bariery 3 godzin. Normalnie czubek.

Wróżbita Wybiegany

Spięte łydki doprowadzałem do stanu używalności przez 1,5 tygodnia. Fizjoterapeuta, ćwiczenia i rozciąganie w domu, a one nic, nie dawały za wygraną - ździry. W końcu, w akcie desperacji i przypływu złotej myśli, postanowiłem polać je wodą. Raz gorącą, raz zimną i jeszcze raz gorącą. Pod prysznicem oczywiście, a nie z czajnika i studni. Pomogło! Puściły w końcu i pozwoliły potrenować. Niestety, mało czasu się zrobiło, a ja musiałem się uporać jeszcze z przyczyną tego stanu - butami.

Walka, jaka stoczyła się w mojej głowie, na tym polu była wprost wyniszczająca. Butów pełna szafa, a biec nie było w czym. Te trialowe, te treningowe, te kolejne trialowe, te z Gore, te zadeptane i do wyrzucenia, te startowe spinają mi łydki, a te znów odbijają mi śródstopie. Kurwa, jak żyć? Na nowe nie było czasu, a ryzyko powtórki z Orlenu ogromne. Wybrałem w końcu treningowe, z przebiegiem 250km, prawie jeszcze pachnące chińskim klejem. Ciężkie jak skurczybyk i sztywne jak cholera, ale jedyne w mojej stajni z dropem 8mm - musiały się spisać.

Skoro nogi i buty już miałem gotowe, to może jakiś trening by się przydał? Plan pokonania 50km podczas Wings4Life między bajki wsadziłem i zrobiłem 10km rozgrzewki + 5km w tempie maratonu. Zziajany jak pies, biegiem w 30 stopniach C, marzyłem aby za tydzień było chłodniej. W zasadzie to błagałem, bo moja wydolność biegowa w takim upale uleciała w niebyt.

Dobra, to jeszcze żarcie. Jak ja nie cierpię smaku tych żeli. Kwintesencją jedzenia na maratonie byłby choćby taki sandwich z kebabem, albo klopsem i musztardą, a tu mi każą jeść jakiś glut o smaku bliżej nieokreślonym, bez względu na opisy typu "Citron" czy "Orange" na etykiecie. Wyliczenia 10km, 20km, 30km zamieniłem na bardziej dokładne: 40 miut, 1 godzina 20 minut, 2 godziny i 2 godziny 30 minut. Taki był plan dokarmiania. Na ostatni posiłek wybrałem sprawdzony podczas W4L specyfik o płynnej konsystencji, mając w głowie wyobrażenie wstrętu do tych galaretowatych wynalazków.

Byłem prawie gotowy. Ostatni tydzień spędziłem na wybieraniu, od czwartku, potraw z większą zawartością węglowodanów w zamian wszystkich innych składników pokarmowych. W ruch poszły białe bułki z miodem, makarony z mąki pszennej, naleśniki, wafle ryżowe w czekoladzie, banany i na koniec dnia w piątek piwo. W sobotę, korzystając ze wspaniałej gościny Państwa Suchych Szosów, opitalałem makaron i pizzę domowej roboty, zapijając colą, w rozsądnych jednak ilościach. Nie uchował się też tort bezowy, który polewałem moim ulubionym mlekiem czekoladowym z tubki. Po prostu nie brałem jeńców.

Rano, wiadomo. Bułki z dżemem i miodem, tak dla przełamania słodkiego smaku + cola zamiast kawy, której nie piję. Toaleta, spacer, toaleta i jechaliśmy na start. Tam toaleta, stoperan, truchtanie i stoję w strefie startowej

Myśli krążą po głowie. Foto by Maratony Polskie

Zakładając, że powstaje właśnie dokument typu "Mój idealny maraton" nie będę pisał jak to podziwiałem uroki miasta i zachwycałem się pogodą. Gdańsk ładny, a pogoda fatalna. Temperatura w okolicy 12 stopni C, ale z potwornym wiatrem, który na ostatnich kilometrach zamienił się chyba w tornado. Ale ja nie o tym teraz...

Ruszyliśmy. Tempo ciut szarpane, aż do stadionu, który zwiedziliśmy na pierwszym kilometrze. Tam się peleton uspokoił, większość znalazła swoje miejsce w szeregu, a ja obserwowałem pilnie, kto wokół mnie rokuje na trzymanie równego tempa. Te poszukiwania trwały aż do 4km. 
Ktoś wypalał do przodu, ktoś zwalniał i się wycofywał - ja znalazłem swój rytm i trzymałem stabilne tempo 4:15/km Bez szału, ale ze świadomością, że nie ma zajęcy na 3 godziny i zdany jestem wyłącznie na siebie, no prawie wyłącznie... ;)

Tempo się stabilizuje

Mając odrobinę zdrowego rozsądku w głowie, postanowiłem pobiec ciut wolniej niż na Orlenie - wiedziałem (szklana kula), że nie jestem w tak idealnej formie jak trzy tygodnie temu i nie chciałem przeholować.

Biegniemy. Woda na 5km wzięta planowo, tętno już uspokojone, aż tu nagle niespodzianka. Organizatorzy wpadli na zajebisty pomysł, aby na 6km wbiec do budynku. Idea fajna, ale drzwi Europejskiego Centrum Solidarności dość wąskie. Ja się zmieściłem, ale ciepło myślałem o tych co biegną wolniej, większymi grupami.

ECS w tle, właśnie zaliczone

Zjadam żel po 40 minutach i notuję w głowie, że nie był taki fuj jak o nim myślałem. Popijam wodą i staram się wyłączyć mózg. Może się udało, bo dziś już nie pamiętam co się ze mną działo. Trasa prosta jak strzała, chyba z 10km albo i dłużej. Mijam na 12km kibicującą ekipę Smashing Pąpkins na czele z Suchą Szosą i rodziną (zajebiści są co?) - to dodało niesamowitej energii.

Kibicing pełną parą. Foto by Justyna

Tempo równe, nie spieszę się. Co 5km piję wodę i polewam się. Po każdym piciu walczę oddechami z pojawiającą się kolką (tu mam chyba ten stoperan do poprawy). Zbliża się 20 kilometr i godzina kolejnego karmienia. Z nieukrywanym strachem, który miesza się ze wstrętem sięgam po kolejny żel. Nagle patrzę, ekipa z którą biegłem gdzieś się schowała. Część poleciała do przodu, reszta chyba została z tyłu. Spojrzałem kolejny raz na Suunto - tempo w normie - więc olałem uciekinierów, tłumacząc sobie, że pewnie negativ-split lecą. Za chwilę miałem wyjąć asa z rękawa...
 
Dziesięciokilometrowa prosta. Foto by Justyna

W zasadzie to As sam się wyjął, a ściślej przyjechał z Warszawy, na 21 kilometr trasy.
To wspaniałomyślny Krasus, który zaproponował, że potowarzyszy mi w ramach treningu do Rzeźnika, prowadząc mnie od połowy, do mety maratonu. Wtedy dostałem dodatkowych skrzydeł, chociaż na tym etapie nie były mi jeszcze potrzebne.

Połówka zaliczona w 1:29:41, wystarczy trzymać to tempo do mety. Czysto profilaktycznie sprawdzam tętno, 171 uderzeń na minutę - dla mnie to pierwszy zakres,  jest dobrze. Biegniemy we dwóch. Świat na chwilę przestał istnieć. Krasus podaje mi kubki na punktach z wodą i zabiera dodatkowe żebym mógł się polewać. Wbrew pozorom to wybija mnie z rytmu. Wolę zabierać je sam, i tak ustalamy od następnego punktu.

Krasus w pełnej krasie

Mija godzina i 54 minuty biegu. Zjadam kolejny żel, bo za chwilę ma być wodopój. Nic się w sumie nie dzieje. Standardowo, po piciu mała kolka, słońce i przeciwny wiatr.  Co jakiś czas wymieniamy po zdaniu. Dobiegamy do 30 kilometra. Zaczyna się Park Ronalda Reagana. Sprawdzam tętno, nadal w pierwszym zakresie. Hmm... jeszcze nigdy tak dobrze nie czułem w tym miejscu na maratonie. Na 33km Krasus rzuca pytanie:

- jak się czujesz?

Odpowiadam jak sobie wcześniej w myślach, że jeszcze nigdy, w tym miejscu, nie czułem się tak dobrze i proszę abyśmy trzymali tempo. To moment w którym pierwszy raz zauważam, że nie wieje wiatr. Biegniemy nadal przez park i to jedyne 200m gdzie nie czułem wiatru. Wybiegamy z Parku i zaczyna się syf...

Noga w nogę, w parku. Foto by Karol

Trzydziesty piąty kilometr i pizga złem ze wszystkich kierunków. Jakbym się nie chował dostaję wiatr w pysk. Nic nie pomaga. Dodatkowo, coś dziwnego skręca mi żołądek. Czuję, że biegnę z cegłą w brzuchu. Walczę i walczę, ale coraz ciężej utrzymać tempo. Trochę zwalniamy.
Zaczynają się wiadukty i estakady. To nie pomaga, a wiatr się nasila. Wypijam ostatni posiłek i  staram się utrzymać bieg. Krasus próbuje mi śpiewać, a ja zaczynam cierpieć.

Grupka uciekinierów. Foto by AK-ska Photography

Końcówka zaczyna robić się nieciekawa. Rejestruję, że dogoniliśmy grupkę, która uciekła mi na 20km. To nie pociesza, ale oznacza, że ich też przystopowało. Flagi łopoczą i łeb mi urywa. Znów pojawiają się nasi kibice. Niezmordowany Sucha Szosa z rodziną i ekipą Smashing Pąpkins stoją z banerem. Krzywym jak cholera. Po chwili dociera do mnie, że to ja biegnę z przechyloną od wiatru głową. Nie jest dobrze.

Niesamowici. Foto by Justyna

Mijam się z Mezem na zawrotce. Jest niecały kilometr przede mną, a miał biec na 2:50, też walczy z padaką. Zostają mi dwa ostatnie kilometry. Krasus robi co może, ale ja już nie mam siły przyspieszyć. Cegła w brzuchu i ten pierdolony wiatr zrobili swoje. Brniemy jak w bagnie w kierunku mety. Już nie chcę biec, już chcę na metę. Wszystko mi jedno. Już dawno nie patrzę na zegarek.

38 kilometr, łepek się kiwa. Foto by Ewa

Marcin jeszcze próbuje mnie wskrzesić, ale mój silnik niestety zdechł. Jesteśmy na wysokości Amber EXPO, za 600 metrów meta. Błażej znów kibicuje! Wichura napiera ze wszystkich stron i przestawia barierki, to chyba jakiś absurd pogodowy. Przez przeraźliwe wycie wiatru przedziera się głos, że "jakiś" Korol biegnie przede mną (Olimpijczyk i czterokrotny Mistrz Świata) i mam przyspieszać. Jestem jak zombie. Niby przyspieszam i faktycznie wymijam gościa. Za chwilę mam wbiec do hali z metą...

Nieocenione wsparcie. Foto by Justyna

Wreszcie. Widzę zegar! Trzy godziny, trzy minuty i jakieś tam sekundy. To dodaje mi sił na końcówkę, uśmiecham się do siebie. Myślałem, że będzie dużo gorzej. Wbiegam na metę, przybijamy piątkę z Marcinem i padam instynktownie na kolana, pĄpować. Zostaję na podłodze, chcę odpocząć i mój brzuch też tego potrzebuje. Z zamkniętymi oczami oddycham głęboko, ktoś wiesza mi medal na szyi, łzy spływają mi po policzkach. Jestem zadowolony.

Styl beznadziejny, ale zawsze. Foto by Sobmar

Muszę przyznać, że bolało. Tak po prostu, fizycznie, ale za to psychicznie wzmocniłem się jak cholera. Niby "trójka" nie złamana, ale już blisko. Zrobiłem co miałem zrobić, już tylko niuanse zostały do poprawy. Wynik 3:03:48 to życiówka poprawiona o ponad 5 minut. Po tylu nieudanych próbach jestem pewien, że treningi działają i umiem już wreszcie biegać te maratony.
A wiatr? W dupie go mam, z pajacami nie gadam.

Odczyty z mat

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dlaczego lubię bieganie?

Mijają kolejne miesiące skrupulatnej pracy nad formą. Mógłbym napisać jak bardzo tyram, ile to hektolitrów potu wylewam na treningach i jak jest ciężko. Mógłbym, ale po co? Biegam bo to lubię i zawsze nie mogę się doczekać kolejnego treningu. Nienormalny jakiś chyba co?

Im dłużej i szybciej biegam, tym bardziej zastanawiam się czy faktycznie to całe bieganie tak mnie jara, czy może to jednak coś innego powoduje taką sympatię do tego sportu?

Na długich treningach często o tym myślę. Jestem już na etapie, że odrzuciłem całą otoczkę ciuchowo-gadżeciarską. Mogę biegać w czymkolwiek, byle koszulki i buty mnie nie obcierały, a pomiar dystansu i czasu był obiektywny. Startując, w miarę regularnie, dorobiłem się takiej ilości koszulek, że częściej je rozdaję niż zakładam. Mam kilka sprawdzonych i utylizuję je do zajechania, nie wliczając w to oczywiście tych z logo Smashing Pąpkins - one są tylko na specjalne okazje.

Jeśli nie zakupy, to może wyniki? Tak, długo byłem przekonany, że to właśnie o wyniki chodzi. Lubię rywalizację i naturalnie, jak każdy facet, lubię wygrywać. Czy jest to wyścig z rywalem, czy z własną życiówką, prawie nie miało znaczenia - ważne aby poprawiać, poprawiać i jeszcze raz poprawiać swoje bieganie. Przez ostatnie trzy lata było to moim celem. Planowałem czasy, tempa, taktykę biegu. Analizowałem profile tras i wyniki znajomych. Po co? Bo lubię się ścigać! Nie będę ukrywał, że ze względu na takie podejście, większość tych startów kończyło się niepowodzeniem lub nawet katastrofą.

W tym sezonie jednak coś się chyba zmieniło. Jaram się nadal, ale jestem dziwnie spokojny przed każdymi zawodami. Nie analizuję już, nie planuję czasów. Znam chyba bardziej swój organizm i zakładam tylko tempo, które chciałbym utrzymywać, a resztę mam w dupie. Tak jest chyba łatwiej. Maniacka Dziesiątka na otwarcie poznańskiego sezonu poszła mi tą metodą zadziwiająco sprawnie. Pobiegłem nawet z muzyką w uszach, co nie przeszkodziło mi zrobić życiówki z czasem 37:20.

Podobnie zakończył się 11. PZU Półmaraton Warszawski. Bez przedstartowej sraczki i windowania czasów - wystarczyło, że świadomie trzymałem tempo. Jak wyszło? Wyszło idealnie, bo życiówka na atestowanej trasie też padła - 1:23:41.

Podoba mi się to bieganie. Jestem silniejszy, spokojniejszy, uzbrojony w cierpliwość i pokorę bardziej niż kiedykolwiek. Start w zawodach nie powoduje już efektu cegły w brzuchu, co faktycznie wcześniej bardzo mi przeszkadzało. Ten spokój to jednak też nie to, co powoduje fascynację tym sportem.

Po warszawskich "występach" chyba zrozumiałem w czym rzecz i nie zakładam, że to odpowiedź aktualna tylko na dziś. 

Ludzie. Tak, to otaczający mnie ludzie spowodowali, że tak bardzo lubię bieganie. To naprawdę wspaniałe uczucie, kiedy w obcym mieście dopingują cię po imieniu osoby, które poznałem dzięki bieganiu. Wyłowią cię z tłumu wzrokiem i drą się tak, że nogi niosą same. To również Ci, którzy na mecie rzucają się na twoją szyję, w spontanicznej radości po udanym biegu, lub bez zbędnego skrępowania powiedzą tobie, że zjebałeś. Ci, których cieszą zwycięstwa innych, bo myślą nie tylko o własnej dupie. Ci, z którymi fałszujesz w niebogłosy, próbując odśpiewać urodzinowe 100 lat, podczas po-biegowej imprezy oraz Ci, z którymi pijesz bez skrępowania bimber do ostatniej kropli i jesz rozpaćkane MacKanapki przed północą. Nawet wspólna podróż metrem i zakupy parówek w Żabce są wtedy wydarzeniem, które będziesz wspominać długo. Ci, którzy udostępnią tobie własne łóżko, abyś mógł wreszcie zasnąć po pełnym dniu wrażeń, kiedy brzuch i policzki mają zakwasy od śmiechu.

To Oni właśnie powodują, że tysiące zwykłych, codziennych rzeczy stają się tak bardzo niezwykłe i niepowtarzalne. Bez nich, moje bieganie byłoby tylko klepaniem kolejnych kilometrów, a wyjazdy na zawody stresowałyby, jak dotychczas. Tak, to zdecydowanie to lubię najbardziej w moim bieganiu - jestem tego pewien.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Ból powrotu

Ciężko jak cholera. Tak chyba mógłbym opisać wszystko, co działo się w moim biegowym życiu, przez ostatni miesiąc. Byłoby to jednak zbyt proste, i zbyt oczywiste - ja zawszę muszę przecierać szlaki i wyważać wszelkie drzwi - taki lajf, już przywykłem.

Kiedy po Lubońskim Biegu Niepodległości, z nieukrywaną niechęcią, rozpocząłem okres regeneracji nie byłem w stanie wymyślić scenariusza, jaki zrealizowało mi życie.

Po dokładnie dwóch tygodniach od odwieszenia butów na zasłużone kołki, przyplątała się do mnie choroba. Niby tylko kaszel, który nie pozwalał zasypiać i piekł w okolicach płuc, ale o bieganiu raczej ciężko było myśleć. Diagnoza lekarza, że to zapalenie tchawicy zupełnie mnie nie wzruszyła. Pytanie, które mu zadałem nie jest chyba nawet tajemnicą poliszynela: kiedy mogę wrócić do biegania?

- za dwa tygodnie, proszę pana.
- co!?

Potoku przekleństw, które wylałem w myślach nie warto nawet przytaczać. Ze spuszczoną głową i niesamowitym kaszlem zrzuciłem swoje kości do łóżka. Nawet wyleżałem w nim przez kolejne 5 dni, byleby tylko jak najszybciej wrócić na ścieżki biegowe. Niestety, na powrót musiałem czekać kolejny tydzień. I kiedy wreszcie założyłem buty biegowe, i wyszedłem na trening, mój świat zawirował i rozpadł się na drobne...

Po pierwszych 200 metrach truchtu, Suunto pokazał mi, że wchodzę na beztlen! "Ale zwariował ten pasek tętna" - pomyślałem i zatrzymałem się, by go poprawić. Pośliniłem, pogmerałem i ruszyłem dalej. Nic się nie jednak nie zmieniło! Tętno szybowało tak wysoko, że zacząłem wątpić we wszystko czego do tej pory doświadczyłem w bieganiu. Skończyłem po 7km tupania z nadzieją, że kolejnym razem będzie lepiej. Nie doczekałem się, na kolejnym, i następnym też. No do jasnej cholery, jak to jest możliwe, że podczas marszu tętno nie opada mi poniżej 160bps!?


Treningi nie szły. Na domiar złego, pomiary ciśnienia krwi pokazywały masakrycznie niskie wyniki przy zawyżonym pulsie. Jasna dupa, pomyślałem, że zbliża się koniec mojej przygody z bieganiem, kiedy jednego dnia czerwona stróżka pociekła mi z nosa po treningu. Klamka zapadła, umówiłem się do kardiologa. Wiadomix, że nie do byle jakiego, tylko do doświadczonego biegacza. Zanim zapadł termin wizyty realizowałem, a może uczciwiej będzie gdy napiszę, że próbowałem realizować zaplanowane treningi.

To była droga przez mękę. Szczytem był trening w tempie 4:10/km, na którym przebiegłem raptem połowę dystansu i to ledwo w tempie 4:35/km. Jak można tak się zapuścić przez miesiąc?! Normalnie w głowie się nie mieściło. Pan Doktor się nie patyczkował, zalecił kompleksowe badania krwi i kolejną wizytę na badania serca. Trenowałem w tym czasie dalej. Urażona psychika cierpiała i bolała jednocześnie. Nogi niby mogły, ale świadomość utraty mocy była tak dołująca, że momentami miałem ochotę na rezygnację z treningów. No nie szło.

Kolejne dni mijały, a ja walczyłem dalej. Powoli, skrupulatnie wychodziłem biegać po tym białym paskudztwie, które wytworzyła natura w kooperacji ze służbami odśnieżania miasta. Cierpliwie czekałem na wyniki badań i kolejną wizytę. W głowie pulsowała mi jedna myśl - "kiedy w końcu ten motor odpali". Po wizycie u lekarza humor mi się poprawił. Wyniki doskonałe, echo serca nie wykazało żadnych niepokojących symptomów. Tylko biegać.

Nie spodziewałem się, że to będzie taka euforia. Dostałem taki zastrzyk pozytywnej energii, że kolejne treningi stały się przysłowiową bułką z masłem. Nie wiem kiedy dokładnie, ale ten motor wreszcie zaskoczył. Miesiąc czekałem i się doczekałem. Co prawda mój Suunto ocenia, że nie wróciłem do pełni sił (cwaniak się znalazł), ale tempa i tętna wskazują na to, że jestem na dobrej drodze.

Gdyby zatem przyszło Wam, czego szczerze nie życzę, mieć dłuższą przerwę od aktywności fizycznych - dajcie sobie trochę czasu na powrót lub złapanie formy. Może warto też zrobić badania krwi i sprawdzić, czy organizm jest gotowy na to co chcecie mu zafundować, bo na własnym przykładzie się przekonałem, że może się zbuntować.

niedziela, 1 listopada 2015

Spryciarz Suunto

Niedzielnie
Ten tydzień dał mi mocno w kość. Zmiana czasu z letniego na zimowy, zawsze jest dla mnie kłopotem. Chodzę spać zgodnie z czasem zegarowym, ale budzę się jeszcze wg zegara biologicznego, czyli o godzinę wcześniej. Do kolejnego weekendu zmęczenie zawsze narasta. 

Tak było i w tym przypadku. Po środowym treningu miałem całe dwa dni odpoczynku, co przy niezbyt wyczerpujących treningach powinno dać mi pełną regenerację.


Moje Suunto pokazywało, już w czwartek rano, wartość parametru „czas odpoczynku”, czyli ilość godzin, które są mi potrzebne po pełnej regeneracji, równy zero. Postanowiłem więc sprawdzić to bardziej wyrafinowaną funkcją mojego zegarka i zrobić badanie snu. Choć jestem bardzo sceptyczny do takich rozwiązań, wróżących zazwyczaj z historii pokonanych kilometrów, to jednak tym razem byłem ciekawy jak wypadnie test, wspomagany dodatkowo czujnikiem tętna. 

Pasek na klatkę, piżamka, uruchomiony program i do łóżka. Rano, kiedy zadzwonił budzik, byłem przerażony. Poziom regeneracji wynosił raptem 49%. Skąd on to tak ładnie wyliczył? Zdziwiłem się naprawdę, że to taki bystrzak, bo faktycznie czułem się mocno niewyspany, jak przez cały tydzień. Wartość łapała się w zakresie opisanym jako „Trwa regeneracja, trenuj łagodnie”. Przy okazji policzył, że z tętnem zszedłem, podczas snu, do poziomu 39 uderzeń na minutę.

Opis zakresów regeneracji by Suunto

Kolejnej nocy postanowiłem sprawdzić się jeszcze raz, zwłaszcza, że czekał mnie mocniejszy trening. Powtórzyłem więc operacje: czujnik, piżamka i spać. Rano wskazanie już było dużo lepsze, niż poprzednie: 85%, a tętno okazało się być jeszcze niższe, bo raptem 37bpm. Zjadłem więc śniadanie i bez napinki, bo sobota, poszedłem zamiast na trening - dalej spać. A co! Półtorej godziny snu dało mi wreszcie poczucie wyspania.

Ogólne parametry treningu

Trening się udał. Biegałem przez 13km, z czego ostro 8 kilometrów, doprowadzając na odcinkach 0,5km serce do granicy beztlenu, a w odpoczynku zwalniając do tempa 4:30/km. Po jego zakończeniu zobaczyłem podsumowanie: czas odpoczynku 32h - ciekaw jestem co będzie dalej, ale podoba mi się ten spryciarz ;-)

Tętno, tempo i oddechy

Na dodatek, kiedy robiliśmy rozgrzewkę, z Justyną, zatrzymaliśmy się na światłach, jej Garmin pokazał tempo z przebiegniętego odcinka 5:45/km a mój Suunto 6:11/km. Mimo, że używałem Garminów przez ostatnie 8lat, jakoś już im nie wierzę. I nawet gdyby mój sprytny Suunto się mylił, to wolę taką pomyłkę niż odwrotnie.

wtorek, 20 października 2015

16. PKO Poznań Maraton - nie zawsze się wygrywa



Głowa walczy fot. Sandra Afek
Im dłużej czekam nad pustą kartką, tym gorzej. Wolałbym napisać o sukcesie, pięknym czasie i super finiszu, a muszę się zmierzyć z kolejną porażką. Oczywiście mógłbym napisać, że to mój piąty maraton poznański, że biegło mi się najlepiej ze wszystkich razy, że poprawiłem swój ostatni wynik o 9 minut, że ani na chwilę nie pomyślałem o przejściu do marszu, że pogoda była fatalna, i że większość biegaczy zwolniła po 35 kilometrze. Tak, mógłbym. Tylko po co?


Nie, nie przekonuje mnie to zupełnie, i nie dlatego, że należę do wiecznie niezadowolonych nieudaczników, ale dlatego, że lubię mierzyć wysoko i osiągać założone cele. Nie znoszę bylejakości i nijakości, a tak niestety wyglądał mój tegoroczny poznański maraton. 

To co robiłem ostatnie dni i godziny przed startem, nie mają w tym momencie żadnego znaczenia. Pewnie, wolałbym napisać, że się dobrze wyspałem, zjadłem owsiankę oraz banana i właśnie to dało mi kopa w trudnym momencie biegu... marzenia ściętej głowy. Nie muszę chyba pisać, że do 30 kilometra biegło mi się dobrze - skąd, my biegacze, tak dobrze to znamy? Frazes oklepany niczym kostka brukowa na dowolnym rynku w Polsce. Jestem po prostu zły na samego siebie, bo kolejna szansa otarła się o mnie i pobiegła z kimś innym.

Faktycznie, tak było. Kilometry uciekały spod nóg zadziwiająco łatwo. Tempo które utrzymywałem w okolicy 4:15/km i czasami ciut szybciej nie powodowało nawet zadyszki. Na 25 kilometrze, gdzie zazwyczaj czułem już trudy biegu, tym razem się nie pojawiły. W zasadzie szło jak po sznurku... aż do 33 kilometra. Tam zaczął się mocny podbieg i dramat, którego się nie spodziewałem.

Poczułem się jak samochód, któremu wyłączono silnik. Mimo wielu prób, nie byłem w stanie go odpalić. Miałem wrażenie, że zacząłem ścinać drzewo super ostrą piłą łańcuchową, ale nie powiedziano mi, że trzeba ją najpierw uruchomić. Co gorsza, byłem w pełni świadomy tego co się dzieje i nie byłem w stanie nic z tym zrobić. Nawet łzy mi nie chciały lecieć, nie mówiąc już o przyspieszaniu. Wiał do tego tak cholernie mocny wiatr, który sprawiał, że odechciewało się wszystkiego. Nie pomogły odwoływania się głowy do niedawnych startów, życiówki na półmaratonie i inne tego typu sztuczki. Organizm się zbuntował, i tyle.

Świadomość ostatnich czterech kilometrów do mety, które miałem pokonać pod ten piekielny wiatr też nie pomagała. Przestałem spoglądać na zegarek i było mi wszystko jedno. Żal mi było tylko Justyny, która czekała w napięciu na mecie, z zaciśniętymi do białości kciukami, w oczekiwaniu na mój finisz z dwójką z przodu. Znów niestety dałem dupy.

Nie pomogli znajomi kibice, odgazowana cola i cała reszta czarów, które starałem się odprawić. Męczyłem się strasznie tą walką myśli w mojej głowie. Zapomniałem, że należy biec, pracować rękoma. Poczułem się znów jak nowicjusz, a kolejne próby odpalenia "silnika" nie dawały rezultatu.

Dopiero znacznik 41. kilometra wyzwolił we mnie, gdzieś głęboko skrywane, resztki energii. Zacząłem biec, zacząłem pracować rękoma i zauważać coraz to większe grupki kibiców. Niespodziewanie dotarłem do bramy Międzynarodowych Targów Poznańskich i poczułem, że naprawdę biegnę. Zegar, jak zwykle całkowicie mnie zahipnotyzował i nie zauważyłem, że tempo wzrosło do 3:40/km.

Finisz fot. Foto Portal

Dobiegłem. Nawet przez moment nie przyszło mi do głowy aby zejść z trasy. Czas 3:09:30 ledwo otarł się o życiówkę z Hannoweru i nie był tym, który chciałem zrealizować. Cóż, tak to czasami bywa. Chwilową złość przekułem w wolę dalszej walki i zbieram się do odwetu. Cała zima przede mną!

wtorek, 22 września 2015

RockRun Jarocin Półmaraton

Tym razem z numerem 213
To miał być tylko zwykły sprawdzian formy. Miał, bo nie przypuszczałem, że ten start zapamiętam naprawdę na długo. Okazało się, że to fantastyczna impreza, zwłaszcza na tle przeciętności, która coraz częściej pojawia się w zalewie biegów masowych.





Tak naprawdę przygotowywałem się do zupełnie innego biegu, a ta połówka wypadała w idealnym terminie przed nim. Na początku kręciłem nosem, bo pierwsza edycja, bo trasa w otwartym terenie, bo końcówka mocno pod górę. Koniec, końców się zdecydowałem, bo stwierdziłem, że jak noga nie podaje to każda wymówka będzie dobra. 

Kilka dni przed samym startem spojrzałem jeszcze raz na trasę biegu. Zupełnie tego nie zauważyłem wcześniej, ale ona nie miała praktycznie zakrętów! Łagodnie łuki, asfalt na całości, większość poprowadzona przez lasy i pola. Rewelacyjne widoki będą... no ale ten podbieg na końcu, nie dawał mi spokoju. Zmierzyłem go nawet na mapie i wmawiałem sobie, że to tylko 420m. Tylko!

Olałem więc westchnienia do górki i skupiłem się na treningach, które w ostatnim czasie były coraz mocniejsze. Uznałem, że "ten podbieg" będzie moim atutem w wyścigu, bo przecież umiem już trochę biegać po górach. W ferworze przygotowań zapomniałem więc o wspomnianym podbiegu i o wszystkim innym czego podczas biegania nie lubię. Zdecydowałem się też, że żadnych butów startowych nie biorę, żadnych negativ splitów, cudownego odżywiania i innych magicznych rytuałów. Zakładam numer na agrafki i biegnę stałym tempem (aż do podbiegu ;-), które oceniłem na 3:55/km - strategia prosta jak budowa cepa. 

Szkoda mi czasu na te ciągłe eksperymenty, na własnym organizmie. Tak po prostu, wezmę buty w których dobrze mi się biega na treningach, negativ split sprawdziłem w Warszawie - nie było łatwo i głowa protestowała, po Vitargo na maratonie w Poznaniu zaprotestował za to żołądek i wymiotowałem na trasie. Już mi wystarczy tych przygód, chciałbym się wreszcie cieszyć bieganiem, a nie ciągle sprawdzać co jest dla mnie lepsze.

W dzień zawodów zjadłem więc rano owsiankę z bananem i żurawiną oraz paskiem czekolady, bo lubię, a potem jeszcze kawałek banana. Na starcie nie było tłoku. Wystrzał armatni dał sygnał do startu i ruszyliśmy. Od samego początku trzymałem tempo i spokojnie mijałem poszczególne kilometry trasy. Nie wyrwałem się na zbiegu, który później stał się tym sławetnym podbiegiem i biegło mi się równo i przewidywalnie.

Niby nuda, ale nie do końca. Zaszokowany byłem organizacją samej imprezy w niedużym przecież mieście. Miałem okazję biegać w wielu miejscach i goniło mnie czasem nawet 40.000 innych biegaczy, ale takie przygotowanie całego biegu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Trasa opracowana genialnie, zabezpieczenie przez Strażaków i Harcerzy - szacun. Punkty z wodą, z wiadrami na kubki - rewelacja (choć nie zawsze trafiałem), tabliczki z oznaczeniami wszystkich kilometrów - doskonale czytelne. Fantastyczni kibice i finisz na stadionie przed główną trybuną - o lepszej mecie można tyko pomarzyć (Narodowego nie liczę, bo w tym roku ponoć ostatni raz). Strefa Finishera - jak na najlepszych zawodach triatlonowych - jedzenie, napoje i brodzik basenu do dyspozycji biegaczy. Jeśli do tego dodać koncert Luxtorpedy na zakończenie - tego mogą uczyć się najwięksi (wcale nie najlepsi). W przyszłym roku organizatorzy mogą szykować się na tłumy. Brawo.

Wracając do moich zmagań... do 14 kilometra, nuda jak w polskim filmie. Lasy, łąki, pola, koń, krowa, kibice, Harcerze i Strażacy (naprawdę podziwiam zaangażowanie). Za mną żywej duszy i z przodu też. W końcu doganiam pierwszego zawodnika, który chyba przeholował z tempem i przeszedł do truchtu. Wiatr już od dawna wieje prosto w twarz, a słońce powoduje, że pot zalewa mi oczy. Kilometry nadal znikają, a ja odliczam w głowie "jeszcze tylko 2 okrążenia wokół mojego osiedla - dam radę". Wreszcie dobiegam do mostu, od którego zaczyna się podbieg. Widzę, że do kolejnego zawodnika mam raptem 50m. Staram się nie zwalniać tylko zmienić długość kroku, a moc czerpać z pośladków. Skupiony na walce słyszę nagle pytanie "z góry":

- "jaka kategoria?"
- "40" - odpowiadam
- "to spoko, ja 18"

W tym momencie zobaczyłem jak mojemu konkurentowi siada motywacja. Zwolnił i bez podjęcia rękawicy puścił mnie przodem. No nie tak sobie wyobrażałem bieganie na zawodach :-) Nic to, pognałem samotnie dalej - oczywiście słowo "pognałem" jest mocno naciągane, bo aktualne tempo spadło mi do 4:10/km. Kiedy już wdrapałem się na górę i starałem wrócić do swojej prędkości okazało się, że podbieg się jeszcze nie skończył, on stał się tylko łagodniejszy. Walczyłem więc dalej od miejscowości Annapol aż do Jarocina. 420 metrów, które sobie wmawiałem miało faktycznie 2,5 kilometra! Dopiero od znacznika "20" mogłem odetchnąć i puścić się w kierunku mety.

Czułem już wyraźnie zmęczenie i nie spodziewałem się, że jeszcze coś z siebie wycisnę, choć nie miałem zamiaru się poddawać. Ostatni zakręt przed metą i prosta w kierunku stadionu, to była już walka na samych oparach. Od czasu kiedy biegłem po płaskim nie patrzyłem na tempo ani na czas. Wbiegając na stadion zobaczyłem zegar wskazujący 1:23:02 więc od życiówki dzieliło mnie raptem 100 metrów - uśmiechałem się w duchu do samego siebie, a doping kibiców spowodował, że unosiłem się nad ziemią. Meta była moja i nowa życiówka też. 1:23:16.

Dla tych co wolą wersję mniej opisową podsumowałbym te zawody tak: pobiegłem, zrobiłem życiówkę - było zajebiście i za rok wracam. A, no i pudło zaliczyłem - drugi w M40.