środa, 26 lipca 2017

Moje Góry - 2/4

Na Karbie fot. Jacek Deneka
Wstaję przed budzikiem. Jest kilka minut po piątej rano, a słońce już daje na pełnej petardzie. Nogi nie bolą, ale stopy mocno obite po wczorajszym bieganiu. Bułka z dżemem i zbieramy się na start biegu Marduły. Marcin, Paweł i ja, identycznie jak w zeszłym roku. Od tego momentu do startu pamięć mam skutecznie wyczyszczoną przez adrenalinę.




Nie pamiętam nic, do chwili startu. 3... 2... 1... i ruszamy z Krupówek. W oddali majaczy grań, na tle niebieskiego nieba. Za kilka godzin wrócę z niej w to samo miejsce. Biegnę wolno, dużo wolniej niż pozostali. Może nawet za wolno. Przed szlakiem na Nosal doganiam Marcina i Andrzeja. Justyna i Zosia kibicują na tamie. Ruszamy w górę, nie jest ciężko, jest tak samo jak zawsze w tym miejscu.

Ktoś pstryka palcami i jestem już w Kuźnicach gdzie znów kibicują dziewczyny. Zaczyna się Dolina Jaworzynki. Biegniemy spokojnie z Andrzejem, a Marcin zostaje powoli z tyłu. Kolejny pstryk i jestem na Przełęczy Między Kopami. Andrzej zaczyna przyspieszać, ja trzymam swoje tempo. Do Czarnego Stawu Gąsienicowego biegnę, skręcam w prawo i zaczyna się podejście na Karb. Nastawiam się na ból, ale nie odpuszczam, choć w tym roku nie cisnę jakoś mocno. Czwórki nie palą jak rok temu, ale przyznaję, że trochę na to czekałem. Na górze Jacek Deneka oznajmia, że Paweł już leciał. Spoko, wiem że jest mocny jak koń (Lavaredo nie biega się bez przygotowań) i gonił nie będę.

Hala Gąsienicowa fot. Andrzej Tomczyk

Widoków, niestety, dla mnie nie ma. Oczy spuszczone w dół monitorują ścieżkę. Jest stromo, ale można skakać, a po jakimś czasie normalnie biec. Docieram do Hali Gąsienicowej gdzie czeka Martyna. Znów zastrzyk adrenaliny i zaczynam wspinać się na Przełęcz Liliowe. To miejsce zawsze mnie poniewiera, a czas dłuży się niemiłosiernie. Nie tym razem. Podejście znika w mgnieniu oka, a ja rozpędzam się w kierunku Beskidu. Dopiero tam zaczyna być ciężko. Turyści kibicują więc trzeba się starać. Docieram na Kasprowy i zaczynam zbiegać. Stopy cierpią na ostrych kamieniach, a nachylenie stoku powoduje znaczne przyspieszenie. Nie ma alternatywy dla tego miejsca. Albo będę gonił w dół i dobiję stopy, albo będę hamował i zniszczę czworogłowe. Staram się szukać złotego środka. Idzie nieźle, ale oddałbym teraz fortunę za lepsze buty. Merelle sprawdziły się zimą, ale przy tak ostrym bieganiu na zawodach, cholewka nie trzyma dobrze śródstopia. Staram się o tym nie myśleć.

Meta fot. Justyna

Myślenickie Turnie mijam rozpędzony i zaczyna się ostatni odcinek do Kuźnic. Cały czas w dół, szybciej i szybciej. W Kuźnicach dziki zakręt w lewo i jestem na wczorajszej trasie Sokoła. Zaczynam truchtać i nie pamiętam jak docieram do Doliny Białego. Przyspieszam, tempo 4:30/km nie jest szaleńcze, ale nogi już ciążą. Przede mną gość składa się ze zmęczenia i ląduje w krzakach. Nic mu nie jest, ale traci znacznie. Nie mija 200m i kolejny zalicza glebę. Też mówi, że nie potrzebuje pomocy. Moje nogi nie lepsze, co jakiś czas zahaczam o wystające kamienie. Adrenalina znów stawia mnie na nogi gdy tracę równowagę. Kończy się Dolina, a za chwilę też las. Pod nogami pojawia się asfalt. Wyprzedzam kolejne dwie osoby i biegnę na autopilocie do mety. Skręcam na ostatnią prostą i widzę kibicującą ekipę: Justyna, Asia, Ewa, Martyna, Zosia, Witek. Ale się drą! Tempo finiszu 3:31/km. Na mecie trochę boję się zdjąć buty, ale uśmiech jest.

Wysokogórski Bieg im. Druha Franciszka Marduły
03.06.2017
dystans: 32km
deniwelacja: +/- 2218m
czas: 4:21:57

środa, 12 lipca 2017

Moje Góry - 1/4

Nosal
Stoję na starcie, nierówne kocie łby wyraźnie wyczuwam pod stopami. Tłum wokół porusza się niespokojnie, jakaś dziewczyna obok je snickersa. Na jej przegubie błyszczy damski zegarek, taki ze wskazówkami. Rozmawiamy z Marcinem. To ostatnie chwile przed startem Biegu Sokoła. Ścieżka pnie się od razu w górę, nawet się nie zastanawiam, czy będzie bolało.
Nawet jeśli tak, to chyba na to czekam.



Ruszyliśmy, jedyna myśl w głowie, to "nie za szybko!". Biegniemy ramię w ramię, równo i spokojnie. Wymiatacze i gorące głowy poszły do przodu, za jakiś czas wyprzedzę tych drugich. Piątka z Marcinem Świercem i skręcamy na czarny szlak. Idzie dobrze, zadziwiająco dobrze. Mocne podejście, po korzeniach, więc zwalniam. Prawie maszeruję. Wiem, że jeszcze przyjdzie czas na szybkie bieganie. Jestem na Ścieżce nad Reglami i biegnę w kierunku Doliny Białego.

Marcin zwolnił i został gdzieś z tyłu. Góra-dół, góra-dół, profil szaleje jak sinusoida. Zaczyna się ostrzejszy zbieg i dogania mnie dziewczyna. Chwilę biegniemy razem, aż w końcu mnie wyprzedza. Jestem spokojny, znam swoje możliwości i już wiem, że buty w których biegnę mogłyby być lepsze. Zaczyna się Dolina. Spokojnie się rozkręcam i biegnę z zapasem. Jeszcze nie pora na szaleństwa. Suunto odhacza kolejny kilometr, spoglądam na tempo: zrobiony w 3:47". Mijam kolejne osoby i przyszłą zwyciężczynię biegu. Kończy się Dolina Białego i skręcam w lewo na Drogę pod Reglami. Niby płaska, ale pofalowana. Co chwila małe podbiegi i zbiegi. Mija szybko, lub tylko tyle zapamiętałem.

U wlotu do Doliny Strążyskiej piję łyk wody i resztę wylewam na plecy. Wolontariusze jak zwykle wspaniali. Tym razem widzimy się zbyt krótko, bym się odzywał. Przypominam sobie mój pierwszy bieg - w tym miejscu jeszcze truchtałem by za chwilę przejść w marsz i tak do końca. Nie tym razem. Biegnę, może nie szybko, ale biegnę. Doganiam kolejne postacie i nagle kończy się dolina. Kolejny skręt w lewo i jestem na schodach do Czerwonej Przełęczy. Mam jeszcze zapas, ale zaczynam szybki marsz. Tym razem jakby mniejsza ta góra. Zostawiam ostatnie osoby za sobą, aż znikają z pola widzenia. Dociskam ręce do ud. Jest ciężko, jest zajebiście. Płuca dyszą, ale nogi jeszcze nie palą. Suunto coś tam pobrzękuję, kończę z marszem i zaczynam podbiegać. To się chyba nie dzieje. Mam tyle siły, że ostatnie kilkaset metrów "biegnę".

Na końcu podejścia stoi Zosia i klaszcze, Ewka siedzi na pniu i też klaszcze. Wbiegam na polankę pod Sarnią Skałą, tam stoi Justyna, Martyna i Paweł, który rusza za mną. Ale przypływ adrenaliny. Zaczynam zbiegać. Ścieżka szaleńczo opada w dół po kamieniach i skałach. Doganiam kolejnego zawodnika, już nie biegnę, ja zapierdalam. Nogi przebierają drobniutko, a ja instynktownie wybieram dla nich miejsce na skałach. Mam świadomość, że jedna błędna decyzja przy takim tempie i zwiozą mnie karetką do Zako. Paweł się decyduje poczekać teraz na Marcina.

Lecę dalej sam. Na mocnych podbiegach zwalniam i truchtam lub podchodzę. Zaczynają się mostki i schody, a ja czuję się jak pies urwany z łańcucha. Jeszcze jeden wyprzedzony i zapieprzam do mety. Zbieg do Kalatówek też jakiś krótszy. Zaczynają się kocie łby. Wiem, że nie będę mógł biec szybko bo odbiję sobie do reszty odparzone stopy. Rozpędzam się powoli, ale końcówka to tempo 3:24/km. Wpadam na metę, dwie minuty przed pierwszą kobietą i 6 przed Marcinem. To był dobry bieg, pomimo strat w stopach. Euforia trwa długo. Naćpałem się wreszcie tych Tatr.

Bieg Sokoła
02.06.2017
dystans: 15,6km
deniwelacja: +/- 1013m
czas: 1:39:31

Na mecie z Marcinem, fot. Paweł

wtorek, 28 marca 2017

10. Poznań Półmaraton, jak nie spaprać zawodów

Radość z biegania, tło przykładowe
Maniacka Dziesiątka nastawiła mnie pozytywnie do biegowych wyczynów, bo zrobiło się jakby szybko. Jestem zwolennikiem podejścia, że lepiej pić łyżeczką wytrwale, niż napić się z wiadra raz i utopić. Nie oczekiwałem po wiośnie niczego więcej ponad własną satysfakcję i z takim właśnie nastawieniem podchodziłem do startu w poznańskiej połówce. Przepracowana zima nie była żadnym dupochronem, ani rozdmuchaną bańką z niebotycznymi planami. Mój cel pozostał niezmienny: nie zabić radości biegania i poprawiać wyniki, jak długo się da.


Pierwszym kawałkiem mojej układanki było otrzaskanie z zawodami. Nie będę sadził truizmów typu "startuj często, wyrobisz sobie nawyk" i innych podobnych oklepanych frazesów. Samo startowanie niewiele daje, jeśli nie wyciągam wniosków i brnę dalej w spinę, podwyższając poprzeczkę, której nigdy nie osiągnę. To dla mnie ślepa ulica, w którą chyba jeszcze nie zabłądziłem. Wiecie przecież jak to jest, każdy kumpel jest dobry jeśli klepie Cię po plecach, nawet jeśli zjebałeś start. Nie tędy droga. Dla mnie otrzaskanie, to brak sraczki przedstartowej i spokojny sen w całym tygodniu oraz dzień przed zawodami. Całą zimę startowałem w zawodach, skrupulatnie notując plusy i minusy, po każdym biegu.

Tylko Ojca Błażeja nam brakowało

Realne oczekiwania, to chyba drugi w kolejności element. Nawet jeśli wszystkie biegi ciągłe, akcenty, podbiegi i całą resztę treningów zrealizowałem z perfekcją metronomu, nie oczekuję cudu płynącego z opasek kompresyjnych i butów z niższym dropem. Pobiegnę na tyle, na ile serce mi pozwoli. Ja mogę się spodziewać, po kilku latach biegania, że będzie to tempo ok. 10 sekund wolniejsze niż na zawodach na 10km, które pobiegłem dwa tygodnie wcześniej, nie rzygając z bólu na trasie i mecie. Biegnąc półmaraton zacząłem nawet pierwsze dwa-trzy kilometry wolniej o dodatkowe 5 sekund. Nigdy odwrotnie!

Trzecia rzecz, to plan na bieg. Już nie liczę na to, że "jak się będę dobrze czuł" to przyspieszę - kolejna obłuda, którą się czasami karmiłem. Nigdy się dobrze nie czuję gdy lecę kolejny kilometr, a serce pracuje już w trzecim zakresie. Co wtedy robię? Nie biegam zawodów w trzecim zakresie ;) Proste, jak z poradnika dla akwizytorów. Poznańską połówkę rozplanowałem więc sobie w głowie tak: pierwsze trzy kilometry spokojniej (Pani trener zaleciła), potem 14 kilometrów biegu ciągłego (umiem to przecież), a od siedemnastego mocniej, jeśli nie spaprałem początku, a nawet jeśli, to też mocniej jak mocna głowa pozwoli. Ze względu na silny wiatr i obawę o odcięcie, realizację ostatniej części przesunąłem na okolice osiemnastego kilometra.

Mocna głowa, czyli czwarte koło u wozu. Tego jeszcze nie umiem i nie wiem chyba co to tak naprawdę znaczy. Myślenie o dupie Maryni mi nie pomaga, o finiszu też zresztą nie. Są jednak takie chwile, że w trakcie zawodów odlatuję myślami daleko od biegania i orientuję się, że całe ciało nadal biegnie, mimo że ja w tym czasie zapomniałem o bieganiu. Jeszcze tego nie umiem kontrolować, ale zdarza mi się coraz częściej doświadczyć. Może to jest ten sportowy wkurw, albo sznurowadło, które rozwiązało się na dziesiątym kilometrze i rytmicznie pukało o prawą kostkę, przez kolejne jedenaście kilometrów.

Dyndało, ale je przetrzymałem

Po piąte, pogoda. Nie mam na nią żadnego wpływu więc już nie jęczę, że wieje lub pada. Trenowałem ciężko całą zimę, nie unikając wiatru w twarz, wracając często złomotany treningiem, prawie na kolanach. Robiłem to właśnie po to, by z podniesioną głową zawalczyć na zawodach. Karolina Nadolska też miała wiatr w twarz od 17 kilometra i pobiła rekord Polski, a Marcin Chabowski zlał Kenijczyków w pięknym stylu. Dlaczego ja miałbym zrezygnować z własnych marzeń z powodu wiatru czy deszczu?

Profil trasy - prawie jak z pogodą, ale łatwiej. Jeśli uważam, że jest za trudny, to albo się z tym godzę, albo wybieram inne zawody. Nie zawsze trzeba iść na zderzenie z trasą i biec pofałdowany półmaraton żeby potem szukać usprawiedliwienia ("bo trasa była za trudna"). Poznań, dla mnie, od zawsze ma trasy trudniejsze niż Warszawa, ale warto przecież próbować - nie tylko te dwa miasta organizują zawody. Dodatkowo przetestowałem, że nie warto trzymać się kurczowo tempa na podbiegach jeśli występują, tylko raczej kontynuować intensywność biegu, by na płaskim mieć siłę wrócić do realizacji planu. Tak właśnie zrobiłem na jedenastym kilometrze poznańskiej połówki.

Zadowolony biegacz na trasie

Siódmy element - odżywianie na trasie. Nie wiem czy już umiem, ale próbuję. Przed każdymi zawodami, zazwyczaj 3 godziny wcześniej, jem owsiankę z bananem. Dla mnie to sprawdzona porcja energii. Czterdzieści minut przed startem zjadłem żel i taki sam zabrałem na trasę, by zjeść tuż przed punktem z wodą na 10 kilometrze. Na każdym punkcie odżywczym (co 5km) piłem łyczek wody. Po zeszłorocznych przebojach z łydkami, zabrałem ze sobą magnez. Żeby nie taszczyć tych dodatkowych 25 gram do mety, wypiłem go na 15 kilometrze. Czy zadziałał? Nie wiem, ale problemów z łydkami i brzuchem nie miałem.

Po ósme, nie bój się być lepszy. Tym razem nie dałem się zwieść głowie, która na 14 kilometrze włączyła alert "halo, halo! Właśnie dogoniłeś Darka, który biega szybciej od ciebie". Przez pół sekundy dałem się wyrolować i chciałem zrównać tempo, ale jakiś nieznany wcześniej zmysł podpowiedział mi, że nie muszę. Biegnę zaplanowanym tempem, nie cierpię, ani nic mnie nie boli, dlaczego mam go nie wyprzedzić? To samo odbyło się na 17 kilometrze z Justyną i na 20km z Piotrem. Może właśnie to nazywa się mocną głową? - jeszcze nie wiem, ale się dowiem.

Meta już blisko, foto: Marcin Mondorowicz

Tym sposobem dotarłem do ostatniego kilometra, gdzie nadal biegło mi się dobrze, a rozwiązane sznurowadło nadawało rytm biegu. Nie musiałem się do niczego zmuszać ani napinać. Nie patrzyłem już na zegarek tylko biegłem tak szybko, jak nauczyłem się na treningach. Ten odcinek był najszybszym z całego biegu i mimo przebytego dystansu sprawił mi najwięcej frajdy. Na mecie podobno były jakieś światła, lasery i inne cuda... chyba nie zdążyłem zauważyć, bo biegłem w okularach przeciwsłonecznych ;)

Mój metronom

Myślę, że nie ma jednej uniwersalnej recepty na bieg idealny, ale powyższa układanka sprawdziła mi się najlepiej ze wszystkich, które do tej pory próbowałem. Jestem bardziej niż zadowolony, nie tylko z czasu (1:21:58), ale właśnie ze stylu w jakim to zrobiłem.

Tym razem nie napisałem nic o przyjaźni, bo nie lubię się powtarzać, ale ten aspekt pozostaje niezmienny w moim biegowym życiu. Każdy drobny sukces smakuje o niebo lepiej, jeśli możesz się nim podzielić. Fotki są tylko namiastką.





czwartek, 12 stycznia 2017

Ultrasem nie zostanę, blogerem też chyba nie

Od maja sporo czasu minęło, o kilometrach nie wspominając.
W sumie, to nawet nie wiem od czego tu zacząć, po takiej długiej przerwie. Oczywiście, biegałem w tym czasie, startowałem, poprawiałem wyniki, próbowałem nowych dystansów, ale przede wszystkim zachorowałem na dziwną chorobę (nie filipińską), która zabrała mi dużo z radości biegania i sportu, w zamian oferując ból i nieprzespane noce. Walczę z nią do dziś.


Chyba faktycznie muszę zacząć od końca. Zamrożony bark dopadł mnie z zaskoczenia i cichcem. Nawet się nie zorientowałem, kiedy w połowie maja przestałem ruszać lewą ręką, a zauważyłem to dopiero gdy nie byłem w stanie zamknąć za sobą drzwi w samochodzie. Długo by opowiadać skąd, co i jak. Zaczęło się w lutym, a kumulacja nastąpiła w maju. Sam nie wiem jak mogłem biegać, nie machając lewą ręką...

W czerwcu zaliczyłem kolejną "Mardułę". Mimo solidnej gleby (musiałem nawet chwilę posiedzieć by dojść do siebie) w Dolinie Goryczkowej, na ten pieprzony lewy bark, poszło mi dosyć ładnie. Pogoda sprzyjała i biegło się całkiem przyzwoicie. W efekcie poprawiłem poprzedni wynik aż o 36 minut. Dalej, w ramach "Ej, pobiegnij dla Nepalu" spróbowałem się na pierwszej piątce w życiu. Oczywiście spaprałem, zakwasiłem się, ale drugi open zabrzmiało przyzwoicie. Potem szybka dycha Piotra i Pawła, gdzie znów poprawa o 33 sekundy, na tej samej trasie.

Bieg Druha Marduły. Fot. Jacek Deneka

W lipcu przebiegłem moje pierwsze ultra, Trójmiejski Ultra Track z przewyższeniem +1500m na 65km trasie. Najważniejsze wspomnienie tego biegu to "zacznij spokojnie". To były słowa, które słyszałem ze wszystkich stron, jeśli tylko zapytałem o poradę biegających ultrasów. Może się zdziwicie, ale posłuchałem. Zacząłem tak wolno, że po pierwszym kilometrze miałem wrażenie, że wyprzedzili mnie już wszyscy, łącznie z matkami karmiącymi i inwalidami na wózkach. Aż bałem się odwrócić by nie zobaczyć, że faktycznie jestem ostatni. W sumie do dziś nie jestem pewien jak to się dalej toczyło na trasie, że na 48km nie czułem już kryzysu i leciałem sobie tempem rozbiegania. Mimo mocnych górek w końcówce biegu, do mety dotarłem na 25 pozycji open. Niedosyt jednak pozostał :)
 
Meta TUT

Sierpień nie był miesiącem startów, ani mocnego biegania. Troszkę odpocząłem przebiegając raptem 186km na treningach. Lewa ręka nadal nie dawała chwili wytchnienia, całe szczęście ból już bardziej się nie pogłębiał. Mimo dwóch miesięcy rehabilitacji, ramię ani drgnęło. Ciężko było samemu wytrzeć się po prysznicu, o zakładaniu długich rękawów nie wspominając. Ból wywracał mi powieki na lewą stronę.

Początek września to kolejne 10km Piotra i Pawła, w Gdańsku. Pogoda nie była niespodzianką i tym razem również nie "zawiodła". Cały bieg lało, aż do rozmoczenia trasy, która biegła, w większości, alejkami parkowymi. Błotko, jak na prawdziwym trailu tyle, że w zwykłych asfaltowych startówkach. Czas na mecie też nie był niespodzianką, 8 sekund gorzej niż w roku poprzednim i 18 miejsce open - trudno, trzeba będzie dotrenować na kolejny rok. Dwa tygodnie później pobiegłem kolejne ultra. Forest Run na 52km trasie nie był tak wymagający jak TUT czy Marduła, ale leśny dystans zrobił swoje. Oczywiście planowałem odwet za zbyt wolnego TUT'a i rozpocząłem dużo szybciej. Niby biegło się nieźle, ale okropny upał zrobił swoje. Zdechłem po 30 kilometrze, a na mecie poszedłem spać. Okazało się, że rozłożyło mnie przeziębienie, o którym nie wiedziałem. Czas 4:44:43 dał mi 21 miejsce open i poczucie, że znów poszło nie tak jak sobie wyobrażałem. Bark leciutko odpuścił z bólem, ale niestety drugi zaczyna coś śpiewać, że też wysiada. Jeszcze tego mi brakowało!

Październik to długo wyczekiwany miesiąc. Wystartowałem pierwszy raz na Dziewiczej Górze, koło Poznania. Okazało się, że to super bieg i w dodatku cykliczny. Coś jak warszawska Falenica, ale z dużo bardziej wymagającymi wzniesieniami. Normalnie bieg górski w mieście :) Dystans 10km (dwie pętle) zaliczam w 0:51:12 trzymając w ryzach tętno, aby nie skakało wyżej niż koniec pierwszego zakresu. Wreszcie nadchodzi start sezonu - Łemkowyna 70km. Tyle opowieści i zachwytów wokół biegu dawno nie słyszałem. Naprawdę, pojechałem tam z ogromnym entuzjazmem, bo to coś, jakby zmierzyć się z legendą. Niestety, sam bieg jest dla mnie totalnym rozczarowaniem. Praktycznie 90% trasy przebiegało w deszczu i błocie, co ponoć jest już tradycją. Czar prysł, a w zasadzie rozmoczył się całkowicie. Dawno nie przeżyłem czegoś tak dołującego jak ten bieg. Nie dziwię się, że tylu zawodników odpadło z trasy, o dystansie 150km nie wspominając - żaden z moich biegających znajomych go nie ukończył. Nie dość, że nie dało się zobaczyć piękna okolic, to jeszcze trudno mówić o "bieganiu" na brnięcie w mazi, która oblepiała wszystko, a nawet zdejmowała buty. To "mlaskanie" błocka zbyt mocno wyorało mi mózg, bym z własnej woli postanowił to powtórzyć.

Po tym biegu zdecydowałem - ultrasem nie zostanę. Nie wiem, czy źle wybrałem zawody, czy może są fajniejsze i miałem pecha, ale trudno. Nie chce mi się ciągle próbować i nic z tego nie mieć. Na asfalcie, w Tatrach, czy na Dziewiczej Górze mam chociaż wewnętrzną satysfakcję i radość z dotarcia do mety, nawet gdy nic nie wygram lub nie połamię. Tutaj nic, zero absolutne, poza aspektami towarzyskimi niezmodowanej ekipy Smashing Pąpkins, która towarzyszyła mi na wszystkich trzech biegach. Ultra nie jest dla mnie.

Łemko, Łemko i po Łemko. Zaliczam roztrenowanie i wracam na ścieżki w listopadzie. Poza kolejną Dziewiczą Górą w 0:47:49, powoli wchodzę na obroty. Dużo treningów w tlenie, bez mocnego kilometrażu. Okazuje się, że w tym miesiącu przebiegam najmniej w ciągu całego roku - 153km to raptem połowa tego co biegałem w styczniu, lutym lub marcu. Nie martwię się, przecież nigdzie mi się nie spieszy. Lewy bark zaczyna się wreszcie wyraźnie otwierać, za to prawy sprawia coraz większy ból.

Grudzień. Rozkręcanie nóg trwa. Biegnę pierwsze w życiu zawody (5km), które wygrywam. Ranga może niewielka, bez pomiaru czasu, bez podium i pucharów, ale satysfakcja niesamowita. Nawet sobie nie wyobrażałem jaki to jest stres, kiedy po trzech kilometrach wychodzisz na prowadzenie i masz tą świadomość, że reszta nadal cię goni. A tak naprawdę, to nie wiesz, czy to taktyka przeciwników, żeby puścić leszcza przodem, czy może już brak sił. Dopiero na mecie słyszę z ust drugiego zawodnika: "przeholowałem z tempem". No trudno, zdarza się - sam doprowadziłem tętno do 191 uderzeń, na kilometr przed metą, i musiałem to "jakoś" utrzymać. Tydzień później znów lecę Dziewiczą Górę - tam już luz. Widoki i atmosfera wspaniałe. Konsekwentnie trzymając się tętna, biegnę jeszcze szybciej niż poprzednio i kończę z wynikiem 0:46:40. Rok 2016 zamykam z kilometrażem prawie identycznym jak w roku poprzednim, przebiegnięte 2927km.

Ten rok biegowo nie różnił się wiele od poprzednich. Trzy najważniejsze dystanse  (10km, 21km i 42km) to trzy nowe życiówki. Jedyny zgrzyt to choroba barków, która trwa. Wyniki są jakie są, ale mnie bardzo cieszą i sprawiają, że bieganie traktuję jako katalizator otaczającej rzeczywistości. Nie lubię się napinać, zwłaszcza w dziedzinach, które mają być dla mnie przyjemnością. Nie mam parcia na szkło, i nie czuję potrzeby pytać Was codziennie na fejsie czy biegaliście, ani wrzucać fotek z owsianką. Lubię biegać, programować i analizować treningi oraz planować, zwłaszcza wycieczki biegowe, ale to chyba mało poczytny temat w zalewie postów typu "jak się ubrać zimą/latem", "mój pierwszy maraton" czy "podsumowanie miesiąca". Nie jara mnie zupełnie sztuczna pogoń za lajkami, ale bardzo cenię sobie ludzi, których poznałem tutaj i dzięki bieganiu.
Nie chciałem aby ten blog wyglądał na porzucony, ale naprawdę - wolałem nie pisać nic, niż walić posty "z dupy" i o niczym. Mam nadzieję, że się nie obrazicie jak zakończę tym wpisem działalność bloga?

piątek, 20 maja 2016

Mój pierwszy maraton, którego nie spaprałem

Kiedy 24 kwietnia stawałem w strefie startowej Orlen Maratonu, wydawało mi się, że jestem gotowy do tego biegu. Słowo "wydawało" jest chyba kwintesencją moich wyobrażeń. Fizycznie, faktycznie, mogłem tak pomyśleć - wszystkie treningi zrealizowałem z zegarmistrzowską precyzją, nie opuściłem żadnego, nawet gdy żaby leciały z nieba, a wiatr wiał z siłą tornada.



Maraton, to jednak coś zupełnie innego niż pozostałe biegi. Dla mnie, to układany warstwa po warstwie domek z kart, który byle fałszywy ruch potrafi rozsypać w drobny mak. Mój Orlen rozsypały buty. Nie, wcale nie nowe, ale takie, które skutecznie spięły mi łydki na 15 kilometrze trasy. Od dwudziestego nie miałem już praktycznie czym biec i odechciało mi się wszystkiego. Przestałem jeść (do tej pory, nie jadłem nigdy podczas maratonów) i konstrukcja mojego domku skutecznie się waliła. Na 30km było już chyba po wszystkim. Siłą woli doczłapałem się do mety, nie przyspieszając nawet na ostatniej prostej. Totalna klapa 3:12:23. Znowu zjebałem...


Oj zabolało. Zabolało tak strasznie, że wracając z Warszawy wiedziałem już, że muszę spróbować jeszcze raz. Ale nie za rok, nie w kolejnym sezonie, ale już. Teraz! W głowie dudniła tylko jedna myśl:

- szukaj kolejnego maratonu, za trzy tygodnie!

Czułem, że forma jest, i że nie rozładowałem zgromadzonej energii, tym startem. Padło na Gdańsk. Nie będę się rozpisywał jakich metod wróżenia z fusów, plątania mgły czy szklanej kuli użyłem, by być pewnym swojej karkołomnej decyzji. Wiedziałem, i już. Dwa maratony w trzy tygodnie, z biciem życiówki i łamaniem magicznej, dla mnie, bariery 3 godzin. Normalnie czubek.

Wróżbita Wybiegany

Spięte łydki doprowadzałem do stanu używalności przez 1,5 tygodnia. Fizjoterapeuta, ćwiczenia i rozciąganie w domu, a one nic, nie dawały za wygraną - ździry. W końcu, w akcie desperacji i przypływu złotej myśli, postanowiłem polać je wodą. Raz gorącą, raz zimną i jeszcze raz gorącą. Pod prysznicem oczywiście, a nie z czajnika i studni. Pomogło! Puściły w końcu i pozwoliły potrenować. Niestety, mało czasu się zrobiło, a ja musiałem się uporać jeszcze z przyczyną tego stanu - butami.

Walka, jaka stoczyła się w mojej głowie, na tym polu była wprost wyniszczająca. Butów pełna szafa, a biec nie było w czym. Te trialowe, te treningowe, te kolejne trialowe, te z Gore, te zadeptane i do wyrzucenia, te startowe spinają mi łydki, a te znów odbijają mi śródstopie. Kurwa, jak żyć? Na nowe nie było czasu, a ryzyko powtórki z Orlenu ogromne. Wybrałem w końcu treningowe, z przebiegiem 250km, prawie jeszcze pachnące chińskim klejem. Ciężkie jak skurczybyk i sztywne jak cholera, ale jedyne w mojej stajni z dropem 8mm - musiały się spisać.

Skoro nogi i buty już miałem gotowe, to może jakiś trening by się przydał? Plan pokonania 50km podczas Wings4Life między bajki wsadziłem i zrobiłem 10km rozgrzewki + 5km w tempie maratonu. Zziajany jak pies, biegiem w 30 stopniach C, marzyłem aby za tydzień było chłodniej. W zasadzie to błagałem, bo moja wydolność biegowa w takim upale uleciała w niebyt.

Dobra, to jeszcze żarcie. Jak ja nie cierpię smaku tych żeli. Kwintesencją jedzenia na maratonie byłby choćby taki sandwich z kebabem, albo klopsem i musztardą, a tu mi każą jeść jakiś glut o smaku bliżej nieokreślonym, bez względu na opisy typu "Citron" czy "Orange" na etykiecie. Wyliczenia 10km, 20km, 30km zamieniłem na bardziej dokładne: 40 miut, 1 godzina 20 minut, 2 godziny i 2 godziny 30 minut. Taki był plan dokarmiania. Na ostatni posiłek wybrałem sprawdzony podczas W4L specyfik o płynnej konsystencji, mając w głowie wyobrażenie wstrętu do tych galaretowatych wynalazków.

Byłem prawie gotowy. Ostatni tydzień spędziłem na wybieraniu, od czwartku, potraw z większą zawartością węglowodanów w zamian wszystkich innych składników pokarmowych. W ruch poszły białe bułki z miodem, makarony z mąki pszennej, naleśniki, wafle ryżowe w czekoladzie, banany i na koniec dnia w piątek piwo. W sobotę, korzystając ze wspaniałej gościny Państwa Suchych Szosów, opitalałem makaron i pizzę domowej roboty, zapijając colą, w rozsądnych jednak ilościach. Nie uchował się też tort bezowy, który polewałem moim ulubionym mlekiem czekoladowym z tubki. Po prostu nie brałem jeńców.

Rano, wiadomo. Bułki z dżemem i miodem, tak dla przełamania słodkiego smaku + cola zamiast kawy, której nie piję. Toaleta, spacer, toaleta i jechaliśmy na start. Tam toaleta, stoperan, truchtanie i stoję w strefie startowej

Myśli krążą po głowie. Foto by Maratony Polskie

Zakładając, że powstaje właśnie dokument typu "Mój idealny maraton" nie będę pisał jak to podziwiałem uroki miasta i zachwycałem się pogodą. Gdańsk ładny, a pogoda fatalna. Temperatura w okolicy 12 stopni C, ale z potwornym wiatrem, który na ostatnich kilometrach zamienił się chyba w tornado. Ale ja nie o tym teraz...

Ruszyliśmy. Tempo ciut szarpane, aż do stadionu, który zwiedziliśmy na pierwszym kilometrze. Tam się peleton uspokoił, większość znalazła swoje miejsce w szeregu, a ja obserwowałem pilnie, kto wokół mnie rokuje na trzymanie równego tempa. Te poszukiwania trwały aż do 4km. 
Ktoś wypalał do przodu, ktoś zwalniał i się wycofywał - ja znalazłem swój rytm i trzymałem stabilne tempo 4:15/km Bez szału, ale ze świadomością, że nie ma zajęcy na 3 godziny i zdany jestem wyłącznie na siebie, no prawie wyłącznie... ;)

Tempo się stabilizuje

Mając odrobinę zdrowego rozsądku w głowie, postanowiłem pobiec ciut wolniej niż na Orlenie - wiedziałem (szklana kula), że nie jestem w tak idealnej formie jak trzy tygodnie temu i nie chciałem przeholować.

Biegniemy. Woda na 5km wzięta planowo, tętno już uspokojone, aż tu nagle niespodzianka. Organizatorzy wpadli na zajebisty pomysł, aby na 6km wbiec do budynku. Idea fajna, ale drzwi Europejskiego Centrum Solidarności dość wąskie. Ja się zmieściłem, ale ciepło myślałem o tych co biegną wolniej, większymi grupami.

ECS w tle, właśnie zaliczone

Zjadam żel po 40 minutach i notuję w głowie, że nie był taki fuj jak o nim myślałem. Popijam wodą i staram się wyłączyć mózg. Może się udało, bo dziś już nie pamiętam co się ze mną działo. Trasa prosta jak strzała, chyba z 10km albo i dłużej. Mijam na 12km kibicującą ekipę Smashing Pąpkins na czele z Suchą Szosą i rodziną (zajebiści są co?) - to dodało niesamowitej energii.

Kibicing pełną parą. Foto by Justyna

Tempo równe, nie spieszę się. Co 5km piję wodę i polewam się. Po każdym piciu walczę oddechami z pojawiającą się kolką (tu mam chyba ten stoperan do poprawy). Zbliża się 20 kilometr i godzina kolejnego karmienia. Z nieukrywanym strachem, który miesza się ze wstrętem sięgam po kolejny żel. Nagle patrzę, ekipa z którą biegłem gdzieś się schowała. Część poleciała do przodu, reszta chyba została z tyłu. Spojrzałem kolejny raz na Suunto - tempo w normie - więc olałem uciekinierów, tłumacząc sobie, że pewnie negativ-split lecą. Za chwilę miałem wyjąć asa z rękawa...
 
Dziesięciokilometrowa prosta. Foto by Justyna

W zasadzie to As sam się wyjął, a ściślej przyjechał z Warszawy, na 21 kilometr trasy.
To wspaniałomyślny Krasus, który zaproponował, że potowarzyszy mi w ramach treningu do Rzeźnika, prowadząc mnie od połowy, do mety maratonu. Wtedy dostałem dodatkowych skrzydeł, chociaż na tym etapie nie były mi jeszcze potrzebne.

Połówka zaliczona w 1:29:41, wystarczy trzymać to tempo do mety. Czysto profilaktycznie sprawdzam tętno, 171 uderzeń na minutę - dla mnie to pierwszy zakres,  jest dobrze. Biegniemy we dwóch. Świat na chwilę przestał istnieć. Krasus podaje mi kubki na punktach z wodą i zabiera dodatkowe żebym mógł się polewać. Wbrew pozorom to wybija mnie z rytmu. Wolę zabierać je sam, i tak ustalamy od następnego punktu.

Krasus w pełnej krasie

Mija godzina i 54 minuty biegu. Zjadam kolejny żel, bo za chwilę ma być wodopój. Nic się w sumie nie dzieje. Standardowo, po piciu mała kolka, słońce i przeciwny wiatr.  Co jakiś czas wymieniamy po zdaniu. Dobiegamy do 30 kilometra. Zaczyna się Park Ronalda Reagana. Sprawdzam tętno, nadal w pierwszym zakresie. Hmm... jeszcze nigdy tak dobrze nie czułem w tym miejscu na maratonie. Na 33km Krasus rzuca pytanie:

- jak się czujesz?

Odpowiadam jak sobie wcześniej w myślach, że jeszcze nigdy, w tym miejscu, nie czułem się tak dobrze i proszę abyśmy trzymali tempo. To moment w którym pierwszy raz zauważam, że nie wieje wiatr. Biegniemy nadal przez park i to jedyne 200m gdzie nie czułem wiatru. Wybiegamy z Parku i zaczyna się syf...

Noga w nogę, w parku. Foto by Karol

Trzydziesty piąty kilometr i pizga złem ze wszystkich kierunków. Jakbym się nie chował dostaję wiatr w pysk. Nic nie pomaga. Dodatkowo, coś dziwnego skręca mi żołądek. Czuję, że biegnę z cegłą w brzuchu. Walczę i walczę, ale coraz ciężej utrzymać tempo. Trochę zwalniamy.
Zaczynają się wiadukty i estakady. To nie pomaga, a wiatr się nasila. Wypijam ostatni posiłek i  staram się utrzymać bieg. Krasus próbuje mi śpiewać, a ja zaczynam cierpieć.

Grupka uciekinierów. Foto by AK-ska Photography

Końcówka zaczyna robić się nieciekawa. Rejestruję, że dogoniliśmy grupkę, która uciekła mi na 20km. To nie pociesza, ale oznacza, że ich też przystopowało. Flagi łopoczą i łeb mi urywa. Znów pojawiają się nasi kibice. Niezmordowany Sucha Szosa z rodziną i ekipą Smashing Pąpkins stoją z banerem. Krzywym jak cholera. Po chwili dociera do mnie, że to ja biegnę z przechyloną od wiatru głową. Nie jest dobrze.

Niesamowici. Foto by Justyna

Mijam się z Mezem na zawrotce. Jest niecały kilometr przede mną, a miał biec na 2:50, też walczy z padaką. Zostają mi dwa ostatnie kilometry. Krasus robi co może, ale ja już nie mam siły przyspieszyć. Cegła w brzuchu i ten pierdolony wiatr zrobili swoje. Brniemy jak w bagnie w kierunku mety. Już nie chcę biec, już chcę na metę. Wszystko mi jedno. Już dawno nie patrzę na zegarek.

38 kilometr, łepek się kiwa. Foto by Ewa

Marcin jeszcze próbuje mnie wskrzesić, ale mój silnik niestety zdechł. Jesteśmy na wysokości Amber EXPO, za 600 metrów meta. Błażej znów kibicuje! Wichura napiera ze wszystkich stron i przestawia barierki, to chyba jakiś absurd pogodowy. Przez przeraźliwe wycie wiatru przedziera się głos, że "jakiś" Korol biegnie przede mną (Olimpijczyk i czterokrotny Mistrz Świata) i mam przyspieszać. Jestem jak zombie. Niby przyspieszam i faktycznie wymijam gościa. Za chwilę mam wbiec do hali z metą...

Nieocenione wsparcie. Foto by Justyna

Wreszcie. Widzę zegar! Trzy godziny, trzy minuty i jakieś tam sekundy. To dodaje mi sił na końcówkę, uśmiecham się do siebie. Myślałem, że będzie dużo gorzej. Wbiegam na metę, przybijamy piątkę z Marcinem i padam instynktownie na kolana, pĄpować. Zostaję na podłodze, chcę odpocząć i mój brzuch też tego potrzebuje. Z zamkniętymi oczami oddycham głęboko, ktoś wiesza mi medal na szyi, łzy spływają mi po policzkach. Jestem zadowolony.

Styl beznadziejny, ale zawsze. Foto by Sobmar

Muszę przyznać, że bolało. Tak po prostu, fizycznie, ale za to psychicznie wzmocniłem się jak cholera. Niby "trójka" nie złamana, ale już blisko. Zrobiłem co miałem zrobić, już tylko niuanse zostały do poprawy. Wynik 3:03:48 to życiówka poprawiona o ponad 5 minut. Po tylu nieudanych próbach jestem pewien, że treningi działają i umiem już wreszcie biegać te maratony.
A wiatr? W dupie go mam, z pajacami nie gadam.

Odczyty z mat

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dlaczego lubię bieganie?

Mijają kolejne miesiące skrupulatnej pracy nad formą. Mógłbym napisać jak bardzo tyram, ile to hektolitrów potu wylewam na treningach i jak jest ciężko. Mógłbym, ale po co? Biegam bo to lubię i zawsze nie mogę się doczekać kolejnego treningu. Nienormalny jakiś chyba co?

Im dłużej i szybciej biegam, tym bardziej zastanawiam się czy faktycznie to całe bieganie tak mnie jara, czy może to jednak coś innego powoduje taką sympatię do tego sportu?

Na długich treningach często o tym myślę. Jestem już na etapie, że odrzuciłem całą otoczkę ciuchowo-gadżeciarską. Mogę biegać w czymkolwiek, byle koszulki i buty mnie nie obcierały, a pomiar dystansu i czasu był obiektywny. Startując, w miarę regularnie, dorobiłem się takiej ilości koszulek, że częściej je rozdaję niż zakładam. Mam kilka sprawdzonych i utylizuję je do zajechania, nie wliczając w to oczywiście tych z logo Smashing Pąpkins - one są tylko na specjalne okazje.

Jeśli nie zakupy, to może wyniki? Tak, długo byłem przekonany, że to właśnie o wyniki chodzi. Lubię rywalizację i naturalnie, jak każdy facet, lubię wygrywać. Czy jest to wyścig z rywalem, czy z własną życiówką, prawie nie miało znaczenia - ważne aby poprawiać, poprawiać i jeszcze raz poprawiać swoje bieganie. Przez ostatnie trzy lata było to moim celem. Planowałem czasy, tempa, taktykę biegu. Analizowałem profile tras i wyniki znajomych. Po co? Bo lubię się ścigać! Nie będę ukrywał, że ze względu na takie podejście, większość tych startów kończyło się niepowodzeniem lub nawet katastrofą.

W tym sezonie jednak coś się chyba zmieniło. Jaram się nadal, ale jestem dziwnie spokojny przed każdymi zawodami. Nie analizuję już, nie planuję czasów. Znam chyba bardziej swój organizm i zakładam tylko tempo, które chciałbym utrzymywać, a resztę mam w dupie. Tak jest chyba łatwiej. Maniacka Dziesiątka na otwarcie poznańskiego sezonu poszła mi tą metodą zadziwiająco sprawnie. Pobiegłem nawet z muzyką w uszach, co nie przeszkodziło mi zrobić życiówki z czasem 37:20.

Podobnie zakończył się 11. PZU Półmaraton Warszawski. Bez przedstartowej sraczki i windowania czasów - wystarczyło, że świadomie trzymałem tempo. Jak wyszło? Wyszło idealnie, bo życiówka na atestowanej trasie też padła - 1:23:41.

Podoba mi się to bieganie. Jestem silniejszy, spokojniejszy, uzbrojony w cierpliwość i pokorę bardziej niż kiedykolwiek. Start w zawodach nie powoduje już efektu cegły w brzuchu, co faktycznie wcześniej bardzo mi przeszkadzało. Ten spokój to jednak też nie to, co powoduje fascynację tym sportem.

Po warszawskich "występach" chyba zrozumiałem w czym rzecz i nie zakładam, że to odpowiedź aktualna tylko na dziś. 

Ludzie. Tak, to otaczający mnie ludzie spowodowali, że tak bardzo lubię bieganie. To naprawdę wspaniałe uczucie, kiedy w obcym mieście dopingują cię po imieniu osoby, które poznałem dzięki bieganiu. Wyłowią cię z tłumu wzrokiem i drą się tak, że nogi niosą same. To również Ci, którzy na mecie rzucają się na twoją szyję, w spontanicznej radości po udanym biegu, lub bez zbędnego skrępowania powiedzą tobie, że zjebałeś. Ci, których cieszą zwycięstwa innych, bo myślą nie tylko o własnej dupie. Ci, z którymi fałszujesz w niebogłosy, próbując odśpiewać urodzinowe 100 lat, podczas po-biegowej imprezy oraz Ci, z którymi pijesz bez skrępowania bimber do ostatniej kropli i jesz rozpaćkane MacKanapki przed północą. Nawet wspólna podróż metrem i zakupy parówek w Żabce są wtedy wydarzeniem, które będziesz wspominać długo. Ci, którzy udostępnią tobie własne łóżko, abyś mógł wreszcie zasnąć po pełnym dniu wrażeń, kiedy brzuch i policzki mają zakwasy od śmiechu.

To Oni właśnie powodują, że tysiące zwykłych, codziennych rzeczy stają się tak bardzo niezwykłe i niepowtarzalne. Bez nich, moje bieganie byłoby tylko klepaniem kolejnych kilometrów, a wyjazdy na zawody stresowałyby, jak dotychczas. Tak, to zdecydowanie to lubię najbardziej w moim bieganiu - jestem tego pewien.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Ból powrotu

Ciężko jak cholera. Tak chyba mógłbym opisać wszystko, co działo się w moim biegowym życiu, przez ostatni miesiąc. Byłoby to jednak zbyt proste, i zbyt oczywiste - ja zawszę muszę przecierać szlaki i wyważać wszelkie drzwi - taki lajf, już przywykłem.

Kiedy po Lubońskim Biegu Niepodległości, z nieukrywaną niechęcią, rozpocząłem okres regeneracji nie byłem w stanie wymyślić scenariusza, jaki zrealizowało mi życie.

Po dokładnie dwóch tygodniach od odwieszenia butów na zasłużone kołki, przyplątała się do mnie choroba. Niby tylko kaszel, który nie pozwalał zasypiać i piekł w okolicach płuc, ale o bieganiu raczej ciężko było myśleć. Diagnoza lekarza, że to zapalenie tchawicy zupełnie mnie nie wzruszyła. Pytanie, które mu zadałem nie jest chyba nawet tajemnicą poliszynela: kiedy mogę wrócić do biegania?

- za dwa tygodnie, proszę pana.
- co!?

Potoku przekleństw, które wylałem w myślach nie warto nawet przytaczać. Ze spuszczoną głową i niesamowitym kaszlem zrzuciłem swoje kości do łóżka. Nawet wyleżałem w nim przez kolejne 5 dni, byleby tylko jak najszybciej wrócić na ścieżki biegowe. Niestety, na powrót musiałem czekać kolejny tydzień. I kiedy wreszcie założyłem buty biegowe, i wyszedłem na trening, mój świat zawirował i rozpadł się na drobne...

Po pierwszych 200 metrach truchtu, Suunto pokazał mi, że wchodzę na beztlen! "Ale zwariował ten pasek tętna" - pomyślałem i zatrzymałem się, by go poprawić. Pośliniłem, pogmerałem i ruszyłem dalej. Nic się nie jednak nie zmieniło! Tętno szybowało tak wysoko, że zacząłem wątpić we wszystko czego do tej pory doświadczyłem w bieganiu. Skończyłem po 7km tupania z nadzieją, że kolejnym razem będzie lepiej. Nie doczekałem się, na kolejnym, i następnym też. No do jasnej cholery, jak to jest możliwe, że podczas marszu tętno nie opada mi poniżej 160bps!?


Treningi nie szły. Na domiar złego, pomiary ciśnienia krwi pokazywały masakrycznie niskie wyniki przy zawyżonym pulsie. Jasna dupa, pomyślałem, że zbliża się koniec mojej przygody z bieganiem, kiedy jednego dnia czerwona stróżka pociekła mi z nosa po treningu. Klamka zapadła, umówiłem się do kardiologa. Wiadomix, że nie do byle jakiego, tylko do doświadczonego biegacza. Zanim zapadł termin wizyty realizowałem, a może uczciwiej będzie gdy napiszę, że próbowałem realizować zaplanowane treningi.

To była droga przez mękę. Szczytem był trening w tempie 4:10/km, na którym przebiegłem raptem połowę dystansu i to ledwo w tempie 4:35/km. Jak można tak się zapuścić przez miesiąc?! Normalnie w głowie się nie mieściło. Pan Doktor się nie patyczkował, zalecił kompleksowe badania krwi i kolejną wizytę na badania serca. Trenowałem w tym czasie dalej. Urażona psychika cierpiała i bolała jednocześnie. Nogi niby mogły, ale świadomość utraty mocy była tak dołująca, że momentami miałem ochotę na rezygnację z treningów. No nie szło.

Kolejne dni mijały, a ja walczyłem dalej. Powoli, skrupulatnie wychodziłem biegać po tym białym paskudztwie, które wytworzyła natura w kooperacji ze służbami odśnieżania miasta. Cierpliwie czekałem na wyniki badań i kolejną wizytę. W głowie pulsowała mi jedna myśl - "kiedy w końcu ten motor odpali". Po wizycie u lekarza humor mi się poprawił. Wyniki doskonałe, echo serca nie wykazało żadnych niepokojących symptomów. Tylko biegać.

Nie spodziewałem się, że to będzie taka euforia. Dostałem taki zastrzyk pozytywnej energii, że kolejne treningi stały się przysłowiową bułką z masłem. Nie wiem kiedy dokładnie, ale ten motor wreszcie zaskoczył. Miesiąc czekałem i się doczekałem. Co prawda mój Suunto ocenia, że nie wróciłem do pełni sił (cwaniak się znalazł), ale tempa i tętna wskazują na to, że jestem na dobrej drodze.

Gdyby zatem przyszło Wam, czego szczerze nie życzę, mieć dłuższą przerwę od aktywności fizycznych - dajcie sobie trochę czasu na powrót lub złapanie formy. Może warto też zrobić badania krwi i sprawdzić, czy organizm jest gotowy na to co chcecie mu zafundować, bo na własnym przykładzie się przekonałem, że może się zbuntować.