czwartek, 28 marca 2013

Autobus znowu czekał

Dziś interwał - ostatni.

Od dłuższego czasu, czytaj kilka miesięcy, zauważyłem pewną dziwną prawidłowość podczas treningu interwałowego. Jako, że sezon przygotowań przypadł mi zimą, podczas treningów zawsze biegałem po ciemku. Wyjątkiem był zeszły tydzień, kiedy wziąłem urlop żeby zrobić trening - to już chyba jednak mało normalne. Ale do rzeczy. Otóż, podczas zbliżania się, do niektórych przystanków autobusowych zarejestrowałem, że jakoś dziwnym trafem, autobus, który na nim stoi powinien dawno już odjechać ale z przyczyn nieznanych nie robi tego, jakby na coś czekał. Kolejną prawidłowością było to, że w momencie, kiedy przebiegałem koło niego - ruszał i odjeżdżał. Biegam na skraju blokowiska i dużego parku graniczącego ze Starym Miastem w Poznaniu, więc okolica jest bardzo mocno obsadzona w przystanki autobusowe. Na początku nie zwracałem na to uwagi ale mój mózg zbyt szybko się nudzi jeśli czegoś nie analizuje. No więc zimno, ciemno, do domu raczej daleko, wieje (no bo jak ma nie wiać) - "trudno, co robić" - pomyślimy nad tymi autobusami. Tu mogę się już uśmiechać - sam do siebie. Okazało się, że te autobusy czekają na mnie. Kierowcy po ciemku, widać trafiałem na uprzejmych - pozdrawiam przy okazji, widząc w lusterku gościa zapierdzielającego "z buta" (pierwsze, te krótsze, zaczynałem w tempie 3:48) spodziewali się, że lecę na złamanie karku by zdążyć wsiąść do autobusu. Dobiegając bliżej, dostrzegali w lusterkach szczegóły mojego stroju (rajtki, adidaski - na mrozie), i upewnieni, że nie mają do czynienia z "normalnym" pasażerem dopiero wtedy odjeżdżali z przystanku. Od momentu, gdy "zmierzyłem" tą prawidłowość miałem niezły ubaw obserwując, jak co tydzień, jakiś autobus czeka na mnie na przystanku.


Wracając do interwału. Dziś miałem ostatni (uff): 5x2km w tempie 4:17 (żona zawsze się dziwi - skąd mam takie dziwne liczby, bo przecież czemu nie 4:15 albo 4:00 :-). Stres oczywiście był, bo w zeszłym tygodniu miałem 4x2km w tym samym tempie i nie dałem rady go utrzymać. Wiatr oczywiście, bo co innego. We wszystkie strony, tylko nie w plecy - pomyślicie, że biegam w jakimś dziwnym miejscu - tak, jest ono dziwne - jak już wspominałem "Wichrowe wzgórze" się zowie.
Wyszedłem. Niby jeszcze jasno, śnieżek prószy (w końcu zima), minus dwa - jak mi się nie chce! Garmin też jakoś się dzisiaj ociągał, całe szczęście obudził się przed końcem rozgrzewki. Skoro byliśmy gotowi można zaczynać. Pocieszeniem była moja tajna broń - trasa, która omijała "wredną górkę". Kończy się rozbieganie no więc przyspieszam. Lecę już kilkaset metrów aż tu nagle Garmin piszczy.
- "dobra, dobra już przyspieszam".
Nadal piszczy.
- "Co jest grane?" - daj mi "chłopie" chwilę, muszę złapać rytm.
Piszczy.
 - "no dobra, pokaż co tam" - patrzę na tempo 3:31 - !#@$& - "zaklął szpetnie Książę Pan" - jak tak dalej pójdzie to nie dokończę pierwszego odcinka.
Tu z pomocą przyszedł wiatr :-) Jak zwykle uczynny, z gracją odebrał mi siłę i podciął skrzydła. Zakończyłem pierwszy odcinek ze średnim tempem 4:15. Reszta nie była już tak spektakularna. Wiatr wiał regularnie i od trzeciego odcinka (o dziwo) złapałem rytm i tempo 4:16.
I tak dobrnąłem do końca treningu. Usiadłem, na chwilę, na ławce - musiałem wytrzepać kamienie z butów, bo chodniki mocno posypane i dzisiaj mi jakoś dużo naleciało - gdzie spotkałem starszego pana, który też usiadł i zagadnął:
- "Myślałem, że biegnie pan na basen, bo ma pan takie buty jak ja na pływalnię".
- (WTF? Moje Cortany na basen?) Nie, nie - tak tylko biegam, dla zdrowia ("kłamca"!).
Pogadaliśmy, pożegnałem się i do domu na piwo, a co - zasłużyłem.

niedziela, 24 marca 2013

Dycha w tempie

A miało być tak pięknie.

Słońce od rana świeciło, na termometrze -10 stopni C, pogodnie. Temperatura rosła stopniowo aż słupek dotarł do wartości -5 stopni C. Miałem sporo czasu na śniadanie i przygotowanie się do treningu. Tytułowe 10 kilometrów czekało z niecierpliwością. Ja także czekałem. Ostatni taki trening zrobiłem 6 stycznia. 10 km w tempie startowym 4:30 - wtedy tylko dla sprawdzenia odczuć organizmu. Odczucia były mieszane - ale spoko, wszystko zwaliłem na pogodę, że deszcz i wiaterek (temperatura +3 więc nie mogłem złego słowa powiedzieć), że tempo nieznane, że nie mogłem złapać rytmu, że dzień wcześniej interwał i takie tam. Liczyłem po cichu na zemstę 11 tygodni później, które minęły nieoczekiwanie szybko.
8 Półmaraton w Warszawie startował o 10:00, strona oczywiście padła odpowiednio wcześniej a w telewizji wywiady z "celebrytami" - naiwnie pomyślałem o Eurosporcie - "ta jasne" skoki przecież muszą być. W końcu wystartowali i strona też (okrojona wersja ale zawsze). W ramach solidarności z biegaczami też wyszedłem - na trening. Jak ładnie na dworze, jasno i słońce grzeje, bez wiatru - to chyba wersja demo, pomyślałem. Dobra, koniec pitolenia, rozgrzewka i jedziemy z koksem. Kończę rozgrzewkę ok. 1 kilometra od startu, Garmin już tyka, że za chwilę "jedziesz", a tu mi ktoś wiatr prosto w twarz włączył i się zaczęło. Pomyślałem, jak zwykle - czy ja nie mogę tak bez wiatru i podbiegów. Widać nie. Do 6 kilometra ciągnąłem tempo jak po sznurku choć czasami ze sporym wysiłkiem. Później już było gorzej - zaczęła się moja ulubiona "wredna górka" a w zasadzie podbieg. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić ile to zjawisko trwa - no i okazało się, że całkiem sporo bo aż 3 km i akurat te ostatnie.

Moja "wredna górka"
Oczywiście ukształtowanie terenu jest takie, że zawsze wieje i zawsze pod prąd. Taki los mieszkania na "Wichrowym wzgórzu" - gdzie nie pobiegniesz - wracasz pod górę i wiatr. Ostatecznie przegrałem tą nierówną walkę, finiszowałem o 50 sekund później niż planowałem. Co gorsza, jak sprawdziłem wynik z 6 stycznia, okazało się, że dzisiaj pobiegłem gorzej o całe 5 sekund na całym dystansie niż wtedy! Coś tu chyba nie gra - można pomyśleć zwłaszcza, że przerobiłem wszystkie treningi sumienne od tamtej pory. Niestety, ten wiatr jest nieubłagany, ale tak już mam. Zobaczymy co będzie za tydzień (12km w tym samym tempie), mam nadzieję, że w końcu się odkuję :-)

sobota, 23 marca 2013

Pierwszak

Do poznańskiego półmaratonu zostały raptem dwa tygodnie. Szybko zleciało. Wczoraj interwał - ostatnio znienawidzony - ciągle wiatr w twarz i pod górkę - tą co zwykle, ale szanuję ją bardzo, mimo że jest wredna. Sprowadza mnie na ziemię gdy wydaje mi się, że jestem nie do zatrzymania. Odcinki w tempie mają już 2 kilometry - jest co przebierać nogami. Temperatura powietrza nie ma już znaczenia, raptem -5 stopni C gdzie inni mają -16. Jasna dupa, jak ciężko utrzymać prędkość! Jeszcze te krawężniki, światła na przejściach ale pocieszam się, że nie brnę w śniegu po kostki tak jak tydzień temu. Na trzeciej pętli kolka, przez chwilę pomyślałem - ja pier.ole - jeszcze tego mi potrzeba. Po pracy prosto do osiedlowego domu kultury - młodsze dziecko występuje, nie można nie kibicować (ona mnie zawsze dopinguje). Potem szybko fryzjer - z krótszymi włosami jestem szybszy. W sumie najbardziej po basenie i prysznicu bo wiadomo co ale i podczas biegu też nie wachlują po czole. Potem do domu i trzeba coś zjeść. Obiad czy kolacja trudno powiedzieć ale z zegarkiem w ręku godzinę musiałem odczekać - za mało. Na chodnikach masa śniegu, lód, ciemno jak wiadomo gdzie zwłaszcza, że trening kończyłem o 21:47. Nawet piwo po treningu nie cieszy tak jak zwykle. W głowie mam jednak słowa, które pozwalają mi przetrwać: "dobrze przepracowana zima procentuje podwójnie". Cokolwiek to będzie oznaczało na zawodach - pierwszych, po tak uczciwych przygotowaniach - w tej chwili pozwala mi cieszyć się jeszcze bieganiem. Zacząłem 3 grudnia 2012. Tylko dwa razy w przeciągu tych 16 tygodni byłem na bieżni. Tak, taki był plan - zero fitness klubów, tylko orka na świeżym powietrzu. Nie żebym miał jakiś uraz, ale zeszłoroczny start w półmaratonie właśnie po zimie "zrobionej" na bieżni dał mi w kość. Ostatnie 2 kilometry kuło w płucach jak cholera a byle wietrzyk spowalniał bieg. Mimo, że na mecie byłem 40 sekund później niż planowałem (zapomniałem ustawić Garmina by pokazywał sekundy :) - "niesmak" pozostał. Na ten rok miałem więc już postanowienie.

Jutro biegnie Warszawa, pewnie jeszcze wczoraj większość zastanawiała się czy brać kożuchy lub puchówki. Nie będzie źle, startują o 10:00 będzie tylko -5 stopni z niewielkim wiatrem.
Będę trzymał kciuki Bo obiecałem.

O mnie

Już "kilka" kilometrów mam w nogach i nadal się tym jaram. Mogę śmiało napisać, że ciężko mi sobie wyobrazić tydzień bez biegania. Okazało się nawet, że lubię to dużo bardziej niż tenis, fotografowanie i muzykę, choć nadal w wolnych chwilach jeżdżę na motocyklu :-)

Moje najlepsze wyniki:
10km - 00:39:02 (2013) - Rakoniewice
10km - 00:38:16 (2014) - Maniacka Dziesiątka, Poznań
10km - 00:38:04 (2015) - Maniacka Dziesiątka, Poznań
10km - 00:37:20 (2016) - Maniacka Dziesiątka, Poznań
10km - 00:36:56 (2017) - Maniacka Dziesiątka, Poznań
21km - 01:36:53 (2013) - Poznań
21km - 01:29:41 (2013) - Piła
21km - 01:25:47 (2014) - Poznań
21km - 01:24:02 (2015) - Warszawa
21km - 01:23:16 (2015) - Jarocin (bez atestu)
21km - 01:23:41 (2016) - PZU Warszawa
21km - 01:21:58 (2017) - Poznań
21km - 01:21:01 (2017) -BMW Praski, Warszawa
42km - 03:24:42 (2013) - Berlin
42km - 03:18:54 (2014) - Poznań
42km - 03:08:58 (2015) - Hannover
42km - 03:03:48 (2016) - PZU Gdańsk
42km - 02:58:40 (2017) - PZU Warszawa
 
Jeśli chcesz się ze mną skontaktować, pisz śmiało. Mój mail: found.rav@gmail.com


treningowe,  dla mnie jak startowe