środa, 12 lipca 2017

Moje Góry - 1/4

Nosal
Stoję na starcie, nierówne kocie łby wyraźnie wyczuwam pod stopami. Tłum wokół porusza się niespokojnie, jakaś dziewczyna obok je snickersa. Na jej przegubie błyszczy damski zegarek, taki ze wskazówkami. Rozmawiamy z Marcinem. To ostatnie chwile przed startem Biegu Sokoła. Ścieżka pnie się od razu w górę, nawet się nie zastanawiam, czy będzie bolało.
Nawet jeśli tak, to chyba na to czekam.



Ruszyliśmy, jedyna myśl w głowie, to "nie za szybko!". Biegniemy ramię w ramię, równo i spokojnie. Wymiatacze i gorące głowy poszły do przodu, za jakiś czas wyprzedzę tych drugich. Piątka z Marcinem Świercem i skręcamy na czarny szlak. Idzie dobrze, zadziwiająco dobrze. Mocne podejście, po korzeniach, więc zwalniam. Prawie maszeruję. Wiem, że jeszcze przyjdzie czas na szybkie bieganie. Jestem na Ścieżce nad Reglami i biegnę w kierunku Doliny Białego.

Marcin zwolnił i został gdzieś z tyłu. Góra-dół, góra-dół, profil szaleje jak sinusoida. Zaczyna się ostrzejszy zbieg i dogania mnie dziewczyna. Chwilę biegniemy razem, aż w końcu mnie wyprzedza. Jestem spokojny, znam swoje możliwości i już wiem, że buty w których biegnę mogłyby być lepsze. Zaczyna się Dolina. Spokojnie się rozkręcam i biegnę z zapasem. Jeszcze nie pora na szaleństwa. Suunto odhacza kolejny kilometr, spoglądam na tempo: zrobiony w 3:47". Mijam kolejne osoby i przyszłą zwyciężczynię biegu. Kończy się Dolina Białego i skręcam w lewo na Drogę pod Reglami. Niby płaska, ale pofalowana. Co chwila małe podbiegi i zbiegi. Mija szybko, lub tylko tyle zapamiętałem.

U wlotu do Doliny Strążyskiej piję łyk wody i resztę wylewam na plecy. Wolontariusze jak zwykle wspaniali. Tym razem widzimy się zbyt krótko, bym się odzywał. Przypominam sobie mój pierwszy bieg - w tym miejscu jeszcze truchtałem by za chwilę przejść w marsz i tak do końca. Nie tym razem. Biegnę, może nie szybko, ale biegnę. Doganiam kolejne postacie i nagle kończy się dolina. Kolejny skręt w lewo i jestem na schodach do Czerwonej Przełęczy. Mam jeszcze zapas, ale zaczynam szybki marsz. Tym razem jakby mniejsza ta góra. Zostawiam ostatnie osoby za sobą, aż znikają z pola widzenia. Dociskam ręce do ud. Jest ciężko, jest zajebiście. Płuca dyszą, ale nogi jeszcze nie palą. Suunto coś tam pobrzękuję, kończę z marszem i zaczynam podbiegać. To się chyba nie dzieje. Mam tyle siły, że ostatnie kilkaset metrów "biegnę".

Na końcu podejścia stoi Zosia i klaszcze, Ewka siedzi na pniu i też klaszcze. Wbiegam na polankę pod Sarnią Skałą, tam stoi Justyna, Martyna i Paweł, który rusza za mną. Ale przypływ adrenaliny. Zaczynam zbiegać. Ścieżka szaleńczo opada w dół po kamieniach i skałach. Doganiam kolejnego zawodnika, już nie biegnę, ja zapierdalam. Nogi przebierają drobniutko, a ja instynktownie wybieram dla nich miejsce na skałach. Mam świadomość, że jedna błędna decyzja przy takim tempie i zwiozą mnie karetką do Zako. Paweł się decyduje poczekać teraz na Marcina.

Lecę dalej sam. Na mocnych podbiegach zwalniam i truchtam lub podchodzę. Zaczynają się mostki i schody, a ja czuję się jak pies urwany z łańcucha. Jeszcze jeden wyprzedzony i zapieprzam do mety. Zbieg do Kalatówek też jakiś krótszy. Zaczynają się kocie łby. Wiem, że nie będę mógł biec szybko bo odbiję sobie do reszty odparzone stopy. Rozpędzam się powoli, ale końcówka to tempo 3:24/km. Wpadam na metę, dwie minuty przed pierwszą kobietą i 6 przed Marcinem. To był dobry bieg, pomimo strat w stopach. Euforia trwa długo. Naćpałem się wreszcie tych Tatr.

Bieg Sokoła
02.06.2017
dystans: 15,6km
deniwelacja: +/- 1013m
czas: 1:39:31

Na mecie z Marcinem, fot. Paweł

2 komentarze:

  1. Świetny wpis. Gratulacje wyniku i lekkiego pióra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Zapraszam jutro, skrobnę coś o biegu Marduły ;)

      Usuń