poniedziałek, 16 września 2013

Muszę nadrabiać, więc będzie 3 w 1 (trzy w jednym)

a może nawet i więcej, bo od ostatniego posta działo się naprawdę wiele.

Po pierwsze, "primo":
zaczynam oczywiście od Wielkiego Wyścigu dla Bartka. Pamiętajcie, biegamy i wpłacamy - kto jeszcze nie uczestniczy - zapraszam do lektury (klik). Ostatnio napisali o naszej akcji nawet na maratonypolskie.pl i to na głównej stronie (klik)! a tak poza tym, to mamy już ponad 100 uczestników naszej rywalizacji na Endomondo (klik) - do końca września mamy full czasu więc kto ma ochotę - czekamy z Bo i Krasusem.

Po drugie, "primo":
Byłem na obozie biegowym w Szklarskiej Porębie - tak żyję i to nie prawda, że nie miałem siły pisać z tego powodu :-) Choć przyznam szczerze, nie wyobrażałem sobie, że będę tyle biegał. Mieszkaliśmy w hotelu Bornit i przez bite 10 dni moje życie toczyło się w idealnie powtarzalnym rytmie: śniadanie, trening, prysznic, lunch, spanie, trening, prysznic, kolacja, spanie. Rano zazwyczaj robiliśmy rozbieganie od 15 do 30km w okolice zwane Reglami i raz na Halę Izerską w Jakuszycach a po południu czekała nas równie "przyjemna" wycieczka na tzw. Hutę - 8km, z czego pierwsze 4km sporego darcia pod górę. Jeśli wcześniej pisałem posty, że "jeszcze tyle w życiu nie biegałem" to dopiero na tym obozie przekonałem się co to tak naprawdę znaczy. Przed kwietniem 2013, równy rok biegałem po ok. 35km tygodniowo, od kwietnia 2013 ta średnia wzrosła do ~60km gdy tymczasem podczas pierwszego tygodnia obozu zrobiłem 166km - dla mnie to mega skok! Przekonałem się o tym już na pierwszym treningu biegu ciągłego na 12km gdzie w jego trakcie zrobiłem życiówkę na 10km (41:52) a potem było jeszcze mocniej. Po tygodniu zaliczyłem trening na stadionie (pierwszy raz w życiu) i 30 kilometrową wycieczkę na Zamek Chojnik w 2g:40m.

Przed wyprawą na Chojnik
Po dniu odpoczynku - czyli zaliczeniu Regli 15km i Huty 8km :-) zrobiliśmy znów bieg ciągły. Tym razem nie w Jakuszycach a na Zakręcie Śmierci i znów rekord! W trakcie 12km biegu w tempie 4:09 min/km wykręciłem pierwsze 10km w czasie 41:31. W sumie na obozie przebiegłem 241km w 10 dni i uzależniony jeszcze bardziej od biegania wróciłem na niziny.

Po trzecie, "primo":
zaraz po powrocie, 1 września, wystartowałem na 10km w Bednarach. Oczywiście uczucia miałem mieszane bo zakładałem, że pewnie powinienem się zregenerować po takim bieganiu obozowym. Pomimo wietrznej pogody (wiało jak cholera) pobiegłem jednak w niedostępnym, jak do tej pory tempem: poniżej 4:00 min/km i wykręciłem czas 39m:51s co stało się moją "życiówą na dychę" z magiczną TRÓJKĄ z przodu. Jakby tego było mało stanąłem na podium w kategorii M40, odbierając puchar za II miejsce.

Samotna walka z wiatrem na 7 kilometrze
Ostatni kilometr zrobiłem w tempie 3:24 min/km co pokazało, że chyba faktycznie mocy przybyło i jestem gotowy na jesienne wyzwania.

Po czwarte, "primo":
tydzień później pojechałem do Piły. To miał być sprawdzian przed Berlinem czyli 21km na Mistrzostwach Polski w półmaratonie. Kiedy w kwietniu zrobiłem "połówkę" w 1:36:53 miałem prosty plan: co roku zejdę o minutę i za 5 lat znajdę się w gronie pierwszych 300 zawodników, którzy robią ten dystans w godzinę trzydzieści. Miałem świadomość, że na postępy trzeba zapracować. Nie będę się więc rozpisywał bo zawody już wrzuciłem na Endo :-) Pomimo wiatru (znów!) zrealizowałem cichy plan czyli 4:15 min/km. Pobiegłem jak po sznurku pokonując ostatni kilometr z oszałamiającym, dla mnie, tempem 3:58 min/km co pozwoliło uzyskać czas 1g:29m:41s, który stał się moją życiówką w połówce.

Najcenniejsze trofeum: 1:29:41
Po piąte, "primo":
czekam na ten Berlin i w głowę zachodzę co ja tam wywinę.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Wielki Wyścig dla Bartka

Uwaga - kolejna aktualizacja (25.08.2013)
Każdy z Was może pomóc i niekoniecznie musi biegać.

Nie od dziś wiadomo, że w grupie dużo lepiej się pracuje, biega, ściga i tworzy. Mądrość i chęci wielu osób mają o wiele większą siłę niż najlepsze nawet umiejętności pojedynczego człowieka. Zorganizowana akcja Bo (klik) i Krasusa (klik) pt. "Wielki Wyścig" pokazała jak wielka moc drzemie w tak pozytywnych inicjatywach. Spotkanie "na kocyku" przed poznańskim triatlonem uświadomiło mi co można zebrać rozsiewając pozytywną energię. Mimo, że nie startowałem - byłem jednym z wielu aktywnie dopingujących naszych blogowych idoli w ich "ajronmenowych" zmaganiach na dystansie zwanym potocznie połówką IM.
Aby móc wykorzystać potencjał wszystkich, którzy śledzili na FB i blogach rywalizację naszych bohaterów i tych, którzy mają po prostu ochotę pomóc powstała inicjatywa pt. "Wielki Wyścig dla Bartka".
Bartek, chrześniak Kuby prowadzącego bloga Formatownia.pl, ma raptem cztery lata i zmaga się samotnie z nieoperacyjnym guzem pnia mózgu. Ta inicjatywa powstała właśnie po to, by wesprzeć Bartka bo jak zwykle w takich przypadkach bywa pieniądze, które szczęścia nie dają (ponoć) potrzebne są na dalsze leczenie.
Wasze wsparcie zostanie oczywiście nagrodzone! Tak, to nie ściema reklamowa - poza własną satysfakcją będziecie mieli szansę wylosować jedną z przygotowanych przez Bo i Krasusa nagród związanych z ich rywalizacją podczas zawodów PozTri 2013.

A co to za nagrody? Ano na przykład brat bliźniak legendarnego Krasusowego "Pimpusia",

Pimpek - nówka sztuka
Pimpek w akcji
który był naocznym świadkiem zmagań naszych Herosów i jak wieść gminna niesie ma nadprzyrodzone zdolności, o których możecie sobie poczytać tutaj: http://www.biecdalej.pl/2013/07/ten-w-ktorym-pimpus-odnajduje-brata-i.html Jeśli to nie wyczerpuje waszych wyobrażeń o super nagrodach to kolejną jest Makaronowy Bidon - tu Krasus, zadaje kłam wszystkim powszechnym opiniom, że podczas długich wybiegań potrzebujemy załadować do bidonu wodę czy izo a na deser zagryźć żelem. Oczywiście powiecie, każdy biegacz wie, że najlepszym przyjacielem biegacza jest makaron. Ten właśnie bidon jest nowatorskim rozwiązaniem, które pozwala zabierać ze sobą nasz ulubiony makaron :-) Swoją drogą Krasus, myślałem, że makaron będzie z krewetkami (mryg).

Makaronowy Bidon - komentarz jest zbędny
No i przyszła pora na "Best of the Best" - czyli nagrodę nad nagrodami. Jest nią... (tadam!) patelnia. Jeśli ktoś z Was zajmuje trzecie miejsce w 1/2IM i staje na pudle w kategorii open to wie, że za ten wyczyn otrzymuje (oczywista oczywistość) w nagrodę taką patelnię. A wiecie, skoro Boska Bo stała na podium i trzymała w ręku swoją nagrodę - to siłą rzeczy jej Boskość przeszła i na Patelnię, którą od tej pory będziemy nazywać Patelnią przez duże "P". Oczywistym jest także fakt, że potrawy przyrządzane na wspomnianej patelni nigdy się nie przypalą, zawsze będą udane i będą smakować wyśmienicie każdemu - cokolwiek by to nie było. Tu link do ulotki.

Best of the Best by Bo
Co więc trzeba zrobić by pomóc Bartkowi i wygrać szałowe nagrody?

Uwierzcie, naprawdę niewiele! Wystarczy wesprzeć Bartka kwotą 19,99 zł - co pozwoli uzyskać 1 (jeden) los w losowaniu nagród. Oczywiście możecie wpłacić, wielokrotnie, dowolnie większą kwotę, która umożliwi Wam uzyskać odpowiednio większą liczbę losów - każda kolejna wielokrotność kwoty 19,99 zł to kolejny los.
To nie koniec Waszych możliwości zdobycia nagród w losowaniu. Jesteśmy przecież biegaczami! Każde przebiegnięte przez Was 19,99 km to kolejny los i kolejna szansa na nagrodę! Im więcej kilometrów - tym więcej losów - matematyka jest nieubłagana :-) Do rywalizacji dołączamy tutaj: http://www.endomondo.com/challenges/12064351 - trwa ona od 20 sierpnia 2013 aż do 30 września 2013.
W razie pytań jesteśmy do dyspozycji, nie wahajcie się pytać jeśli pojawią się wątpliwości.
Aby walka była fair play Bo, Krasus i ja bierzemy udział w rywalizacji ale nie w losowaniu - nagrody są dla Was a pieniądze dla Bartka.

Wpisowe do rywalizacji nabywamy robiąc przelew:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski


Uwaga, ważny komunikat:
Jako, że żadne z nas nie ma dostępu do bartkowego konta, jesteśmy zmuszeni poprosić Was o przesłanie potwierdzenia przelewu mailem na adres run.bo.blog@gmai.com lub krasus.biecdalej@gmail.com Oczywiście zapewniamy pełną dyskrecję w kwestii tego, kto ile wpłacił na konto Bartka. Osoby, które nie prześlą potwierdzenia przelewu będą usuwane z rywalizacji. Przepraszamy za tę niedogodność, ale mamy nadzieję, że zrozumiecie. Jakoś trzeba zweryfikować to, czy Makaronowy Bidon, Pimpuś2 i Patelnia nad Patelniami trafią w godne ręce :-)

Aktualizacja 1
Jest i kolejna nagroda do rozlosowania wśród wszystkich uczestników Wielkiego Wyścigu dla Bartka. A jest nią (wdech) profesjonalny (tzw. duży klik) przegląd rowerowy w Bikeservice.com.pl (wydech)! Czyli czyszczenie, odtłuszczanie, konserwacja, smarowanie, kasowanie, kontrola, sprawdzanie, regulacja i co tylko jeszcze Wasz ukochany rower może sobie wymarzyć. Cena katalogowa takiego przeglądu to aż 150 zł! Pomagając Bartkowi możecie go mieć już za 19,99 zł, a na dodatek otrzymać jeszcze komplet smarów gratis. Taka nagroda, dziękujemy Ci Bikeservice!


Aktualizacja 2
"Sprawa zaczyna przybierać obrót, którego sami się nie spodziewaliśmy. Mamy kolejną nagrodę w puli! Jeden z uczestników przekazał nam audiobook Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy”. O tym, że jest to książka warta przeczytania/wysłuchania niech świadczą opinie zamieszczone na portalu Lubimyczytać.pl. Zresztą, co ja Wam będę mówił, to obowiązkowa lektura dla każdego, nie tylko osoby zainteresowanej triathlonem, bo wbrew pozorom to książka właściwie wcale nie jest o triathlonie.


Ale uwaga, uwaga, bo to nie wszystko! Mało tego, że można dostać świetnego audiobooka. Mało tego, że autor obiecał mi wypisać specjalną dedykację dla zwycięzcy. Ale audiobook może zostać przekazany podczas wspólnego pobiegania w Lesie Kabackim lub okolicy! I co Wy na to?

Oczywiście jeśli nagrodę wylosuje ktoś, kto nie chce/nie lubi/nie może biegać lub po prostu mu miejsce nie pasuje, audiobook z dedykacją zostanie wysłany pocztą." 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Czekając na Berlin

na razie ostro trenuję.

Kolejny tydzień mija jak wszystkie poprzednie ale wcale się nie nudzę :-) BC2, rozbieganie, interwał, rozbieganie, BC23, rozbieganie, skipy, rozbieganie ... a mi ciągle mało. Tydzień, w którym robię mniej niż 70km już mi nie wystarcza - czuję po prostu niedosyt. Jeszcze dwa dni do pracy i jadę na urlop! Do Szklarskiej, na obóz biegowy. Pierwszy raz, więc serducho wali - co to będzie. O tym Berlinie to już zapomniałem całkowicie. Tyle się jeszcze wydarzy, że koniec września to zbyt odległa przyszłość - i dobrze przynajmniej się nie denerwuję (jak zazwyczaj). Wrzesień to miesiąc startów - zupełnie przypadkowo się tak poukładał, jak nie mój :-) Nie jestem jeszcze chyba gotowy żeby pobić wszystkie swoje rekordy ale będę walczył. Pierwszy start już 1 września, na 10km. Potem kolejny tydzień półmaraton w Pile. 15 września - sztafeta w Poznaniu (jak nas przyjmą z listy rezerwowej) i potem już On ten wymarzony Berlin, 29 września. To będzie mój pierwszy maraton, do którego się przygotowuję. Wcześniejsze biegałem "na pałę" - cud, że kończyłem. Ale tak to jest jak ambicja przerasta możliwości a treningi nie idą w parze z zaplanowanym celem. Ten rok ma to zmienić!

Ta dziura to kręgosłup - teraz muszę dbać

czwartek, 1 sierpnia 2013

Kolejny start - Gąsawa

a myślałem, że będzie łatwo :-)

Okres letni w pełni, forma rośnie - no to kolejne zawody trzeba "zrobić". Padło na Gąsawę bo najbliżej Poznania a Treniro kazał dychę w lipcu koniecznie zaliczyć. Pełen "lajcik" psychiczny, zawody o 17:00 (!) - wezmę je "z biegu" i może jakiś rekordzik życiowy padnie. Wybrałem się z rodzinką - bo doping dobra rzecz a zwłaszcza "na wyjeździe". Dotarliśmy do Gąsawy punktualnie o 15:00 - miasteczko wyglądało "wymarłe" - nie dziwiło to nas bo komu chciało by się wychodzić w 35 stopniowym upale. Z tej okazji zrobiłem rekonesans trasy samochodem i okazało się, że niezłe góry nas czekają nie mówiąc o odcinku przełajowym, do którego nawet nie próbowałem dotrzeć. Będzie gorąco - podwójnie gorąco. Na stadionie pustki - biuro zawodów dopiero się organizowało więc odebrałem bez kłopotu numer startowy "3" i miałem 2 godziny na przygotowanie się do biegu. Start nastąpił punktualnie o 17:00 - byłem już po rozgrzewce i idealnie zdążyłem na końcowe odliczanie.

 
Ruszyliśmy w miarę żwawo i okazało się, że biegnę pierwszy! Oj, pewnie za szybko - jak zwykle zresztą. Faktycznie z tempem trochę przesadziłem więc przeczuwając co będzie nas czekało na dalszej części trasy zwolniłem stopniowo do tempa 3:50 i spokojnie patrzyłem jak dopada mnie czołówka "peletonu" i po pierwszych pięciuset metrach biegnie już przede mną.


Trasę obejrzałem "z lotu ptaka" w domu więc miałem w głowie, że asfalt skończy się po jakiś 2km od startu. Kiedy to nastąpiło falą gorąca przywitały nas lokalne pola. Myślałem na starcie, że jest gorąco ale dopiero w tym miejscu przekonałem się co to naprawdę znaczy. Czułem się jak wewnątrz pieca hutniczego więc mizerną buteleczkę wody, którą przytomnie zabrałem, ścisnąłem mocniej w ręku. Powietrze dosłownie stało a żar zwalił mi się na głowę. Na domiar złego skończyło się stabilne podłoże i zaczął się regularny piach. Jak by tego było mało rozpoczął się podbieg, który niestety, miał się skończyć dopiero za dziewiątym kilometrem. Przerąbane na wszelkich frontach - ale właśnie to lubię - zmierzyć się z własnymi słabościami :-) Liderzy nie uciekli mi daleko, na płaskim asfalcie miałbym szansę ich spokojnie dogonić - tu mając świadomość dalszej walki z przeciwnościami nawet nie próbowałem. Przed piątym kilometrem woda - fajnie, w butelkach - dwa łyki a resztę na siebie, bez zatrzymywania. Piach, kurz, przeskakiwanie dołów to mniej więcej wszystko na czym wystarczyło się skupić aby się nie wypieprzyć na wyboistej drodze. W zasadzie nikt nie wyprzedza. Kurtyna wodna przygotowana w okolicach siódmego kilometra daje niewiele ochłody (ale duży plus dla organizatorów), zwłaszcza, że zaczyna się kluczowy podbieg, który wykończy niejednego biegacza. Mnie zwolniło do tempa ~4:50 min/km - wiedziałem już, że nie mam co liczyć na dobry wynik ale parłem do przodu aby nie było wstydu przed rodziną. W połowie 8 kilometra zaczynam mijać kilku biegaczy, którzy już idą. Licząc, że od dziewiątego kilometra może jednak przyspieszę natrafiam na ostatni podbieg, który odbiera mi całą rezerwę mocy.

"Górka", która rozpoczynała finisz
Zbieg, który miał lekko ponad pół kilometra pokonuję raczej siłą woli aby na ostatnich 250 metrach dać z siebie "wszystko" - czyli tempo 3:30 min/km. Na metę wpadam samotnie z czasem, o dziwo, innym niż wskazuje zegar :-)


Oficjalny wynik to 44:00 i miejsce 15 w klasyfikacji generalnej. W kategorii wiekowej siódmy - coraz lepiej :-) Do zwycięzcy, który wygrał , po raz trzeci, te zawody, tym razem, z czasem 40:18 zabrakło mi niewiele. Niestety, jego też warunki nie oszczędziły gdyż zemdlał na mecie - czym porządnie wystraszył moją żonę i pozostałych kibiców oczekujących na finisz swoich zawodników.


Prysznic, chwila odpoczynku, pamiątkowe zdjęcie i można wracać do domu po sympatycznie spędzonej sobocie.

środa, 24 lipca 2013

Mocny tydzień

takiego urlopu się nie spodziewałem...

Wyjeżdżając rano, z rodzinką, nad morze zakładałem, że poniedziałek - jak zwykle będzie wolny - sprawdzam pocztę - trach: BC2 10km. No, pomyślałem - mocno się zaczyna ten urlop - po podróży po polskich drogach, bieganie wśród tłumu na ścieżkach prowadzących na plażę nie napawało mnie optymizmem. Jak zwykle, w głowie, przekalkulowałem warianty treningowe i zaplanowałem: zrobię to wieczorem jak dojedziemy i troszkę się "zaaklimatyzuję" a resztę tygodnia będę biegał rano (!).

Poniedziałek 20:05,
stałem już gotowy do biegu. Po trzech kilometrach rozbiegania zrobiłem rozciąganie - trzymając się dostępnego płotu dla zachowania równowagi. Aż tu nagle:

- "nic panu nie jest?" - słyszę wyraźnie koło siebie, podnoszę głowę i patrzę, stoi kobieta z rodziną i pyta właśnie mnie
- (???!??? WTF)  "nie, wszystko gra" - odpowiadam szybciutko
- "ale na pewno? dobrze się pan czuje?" - nie ustępuje
- "tak, tak - czuję się dobrze. Dziękuję bardzo" - ale minęła chwila zanim się otrząsnąłem.

W tłumie pędzącym na zachód słońca znalazł się ktoś, kogo zainteresował facet zachowujący się "inaczej". Bardzo dziękuję tej pani za okazaną troskliwość. Podbudowany w zupełnie nietuzinkowy sposób ruszyłem dalej w tempie 3:06 :-) a kolejna "dyszka" w średnim tempie 4:24 minęła zaskakująco szybko. Zachód słońca znad wydm, podczas biegu, naprawdę pięknie wygląda - godzina i 16 minut i byłem już po całym treningu. Prysznic, kolacja, "07 zgłoś się" i do spania.

Wtorek pobudka o 7:09,
bez budzika. Banan, woda, godzina na strawienie i w trasę. 15 kilometrów rozbiegania w tym pierwsze 3km z żoną. Na kolejne dni miałem zaplanowane skipy i podbiegi pod górę oraz interwały 1km - miałem więc 12km na ogarnięcie okolicy w poszukiwaniu odpowiedniej górki i stadionu z bieżnią - skąd ja to wytrzasnę?! Puściłem się więc w stronę Kołobrzegu ale niestety, drogę już znałem - płasko jak cholera ani widu ani słychu górki z odpowiednią nawierzchnią o bieżni nie wspominając. Nawrotka i lecę w stronę Koszalina - myszkuję po bocznych drogach i nic. Dobiegam wreszcie po 10km do jakiegoś ogrodzonego płotem terenu, łącznie z zasiekami z drutu kolczastego - "Teren Wojskowy, Military Area ... wstęp surowo wzbroniony" - głosi żółta tablica - i wszystko jasne. Zaraz za nią druga "Impel - agencja ochrony mienia" - uśmiech zawitał na mojej twarzy. Biegnę dalej, zero zabudowań, las się powoli kończy - jakieś budynki, płot, drut kolczasty i ogromne żółte litery na niebieskim tle "Marynarka Wojenna RP" - chłopaki chyba mieli akurat remont albo malowali trawę na zielono. Biegnę dalej, może mnie nie zgarną :-) W pewnym momencie widzę na drodze podkreślony napis, namalowany białą farbą "500". Po jakiejś chwili w podobnej konwencji "1000" - wtedy tknęła mnie myśl - a może to... na następny już wyczekiwałem z niecierpliwością...  i jest! "1500". Dobra zawracam i zmierzę. Pach, kolejny LAP i wracam po śladzie. Dobiegam do "1000" a Garmin pokazuje dokładnie 500m - "yes". Kolejny LAP i przy "500" znów 500m. No, to kilometrowy odcinek już mam. Ciekaw byłem co zastanę i gdzie po kolejnych 500m. Nie byłem zaskoczony gdy w okolicach wjazdu do jednostki wojskowej odszukałem troszkę wytarty znacznik "START" ! Dbają żołnierze o formę :-) Tak trzymać. Spokojnie wróciłem do domu mierząc dystans od znacznika "START" - 3,15km - idealnie.

Środa 6:30,
banan, woda, godzina przerwy i coraz bardziej podoba mi się to ranne bieganie :-) Dzisiaj skipy a ja nadal nie mam górki! Rozbieganie 5km, w trakcie którego muszę odnaleźć odpowiednie 100m. Biegnę w "głąb lądu". Po 2km jest - widok jak z Toskanii. Widzę wzgórze i biegnącą między zbożami dróżkę, po której bokach stały wysokie topole. Wiejący od morza ciepły wiatr potęgował tylko wrażenie błogości. Zmierzyłem odległość - było ponad 100m wzniesienia. Dokończyłem rozbieganie by po kolejnych 3km wrócić w to samo miejsce. Trzy serie po 2 skipy + sprint pod górkę obdarły mnie z godności - jak zwykle zresztą - nawet nie miałem sił by podziwiać widoki. Powroty robiłem w tempie ok. 8:00 min/km i po blisko 12km dotarłem spokojnie do domu. Prysznic, śniadanie i na plażę. Dzieci nie odpuszczały :-) Dobrze, że mieliśmy namiocik, w którym mogłem się przespać by zregenerować się po treningu. O 16:00 plaża w Ustroniu już świeciła pustkami więc mogliśmy napawać się spokojem bez widoków piwa w puszkach i kiełbasy z papieru.

Tuż przed zachodem słońca - woda 'cieplejsza" i brak tłumów
Ostatnie wejście do wody zaliczaliśmy gdy pojawiali się miłośnicy zachodów słońca, grubo po 20:00 :-) Kolacja, prysznic, Borewicz i spać.

Czwartek 7:30,
wstałem standardowo, był też banan, woda ale dzisiaj obiecałem, że pobiegniemy wszyscy. Zanim dziewczyny wynurzyły się z łóżek, ubrały i mogliśmy biec była 9:20. Spokojnym tempem zrobiliśmy blisko 3km - one wróciły do pokoju a ja na ścieżkę rowerową w stronę Kołobrzegu. Tłum ciągnął już na plażę. Parawany, koce, materace, kółka, namioty, leżaki, lodówki, klapki - wszystko migało mi przed oczami aż nie minąłem ostatniego zejścia na plażę. Potem już był spokój - ptaki, las i szum fal :-) Po bieganiu oczywiście też poszliśmy plażować aż do wieczora - standardowo.

Piątek 7:30,
standardowo: banan... :-) i o 8:20 wyszedłem na trening. Dzisiaj emocje duże - właściwie to ogromne, jak zwykle przy interwałach. Nie dość, że plan ambitny to jeszcze dzisiaj wracamy do domu. A tu wiatr jak cholera - no jak może być inaczej! Dobiegam do mojego punktu "START" dwie szybkie przebieżki i jestem gotowy - fizycznie, bo mentalnie guzik prawda. Adrenalina cieknie uszami. Startuję, oczywiście za szybko, Garmin wyje "zwolnij" - tempo 3:20. Faktycznie za szybko ale robię wszystko by nie spalić treningu - udało się: tempo 3:40 niestety o całe 5 sekund za szybkie. "Żebym tylko przetrwał". Po czwartym odcinku już błagam o koniec ale jeszcze trzeba dwa. Biegnę już wolniej (3:42) i zastanawiam się czy wystarczy mi sił na ostatni, który mam pobiec troszkę szybciej niż założone 3:45. Skąd ja biorę tą siłę na końcu to naprawdę nie wiem - 3:41 i wreszcie koniec. teraz już tylko truchcik 4km i możemy pakować się do wyjazdu.

Sobota 19:52,
luzik - 8:00km rozbiegania w Poznaniu. Ale czuję się podmęczony - przypuszczam, że to kwestia upału, który jeszcze nie ustępował o tej godzinie. Jutro "młodsza" wyjeżdża na obóz o 9:45 a ja mam 20km do zrobienia. W upale nie mam zamiaru się męczyć - szybka decyzja: pobiegnę rano jak co dzień w urlopie i spokojne odwieziemy ją na miejsce zbiórki.

Niedziela 6:00,
o kurcze ale chłodno - za oknem 14 stopni - ale za to będzie extra bieg zwłaszcza, że w ciągu dnia ma być 30 stopni. Coraz bardziej podobają mi się te ranne wypady :-) Banan, woda, chwila na strawienie i ruszam. Tak dobrze jeszcze mi się nie biegało - zabrałem też pół banana na trasę i wodę obowiązkowo.
Zacząłem spokojnie 5:45 co nieczęsto mi się zdarza bo zazwyczaj biegnę równo, od samego początku, i tak stopniowo nogi same mnie niosły do przodu. Okolice jeziora Rusałka i Kierskiego są idealne na takie wybieganie. Podziwiam okolicę a Garmin odlicza kilometry "bez celu". W pewnym momencie patrzę na tempo: 4:44 min/km - chyba za szybko ale co tam, biegnę dalej nie zwracając na to uwagi, przecież dzisiaj biegnę dla przyjemności. Po 20km Garmin zameldował - "trening zakończony" - średnie tempo 4:54! Tego się nie spodziewałem, zwłaszcza po tak intensywnym tygodniu. Szybie podsumowanie: 103km - nieźle, jak dla mnie. Jeszcze trzy miesiące temu robiłem tygodniowo ok. 30km.

Niedzielne wybieganie kończę postanowieniem: od jutra biegam rano. Sam jestem ciekaw jak długo wytrzymam :-)

czwartek, 11 lipca 2013

Biegiem na urlop

i przed też - to lato zapowiada się intensywnie.

W ostatni weekend udało mi się z żoną wybrać motocyklem nad nasze morze - odwiedzić dzieci na wakacjach. Oczywiście buty biegowe też z nami pojechały. Nie spodziewałem się, że nadmorskie powietrze o ósmej rano tak wspaniale motywuje do biegania. Szum morza i wiatru w roślinności porastającej wydmy jest zupełnie inny niż ten w Tatrach. Mógłbym powiedzieć - "Ale też jest zajebiście" - parafrazując klasykę filmu polskiego. Skłamałbym. Naprawdę trudno się zdecydować gdzie lepiej. Swoboda powietrza na sobotnim wybieganiu pozwoliła zrobić niesamowity wynik 15km w tempie 5:07 min/km na totalnym luzie - naprawdę sam byłem zdziwiony. Tak właśnie rozpocząłem przygotowania do berlińskiego maratonu. Trzy najbliższe miesiące będą tymi, których zawsze mi brakowało - przeznaczonymi na solidne zbudowanie formy. Mamy raptem 10 dzień lipca a ja na liczniku mam już 80,74km (w tym miesiącu). Można powiedzieć, że jestem w takim stanie umysłu, że wczorajszy bieg ciągły na 10km w temperaturze 31 stopni zupełnie nie robił na mnie wrażenia - gdybym to nie ja biegał. Tempo 4:25 - ok, niech będzie. W domu, po biegu, dopiero przyszła chwila refleksji - to tylko 2 minuty dłużej, na całym dystansie, niż podczas ostatnich zawodów a waga pokazała równiutkie 2kg mniej! A to dopiero początek (oczywiście biegania a nie zrzucania wagi ;).
Patrząc dzisiaj na podsumowanie statystyk stwierdziłem, że przez ostatnie pół roku przebiegłem tyle kilometrów co przez pierwsze trzy lata, razem wzięte, od kiedy to zacząłem biegać. Jak znam życie, w tym roku przebiegnę więcej niż przez wszystkie poprzednie lata razem - a było ich sześć. Najlepsze jest jednak to, że im więcej biegam tym bardziej to lubię. Dlatego już nie mogę się doczekać powrotu do Ustronia Morskiego (a to już w ten weekend) i porannego wyjścia na super ścieżkę, która prowadzi do samego Kołobrzegu. I takiej frajdy życzę wszystkim, którzy biegają - nie tylko podczas urlopu.

niedziela, 30 czerwca 2013

Życiówa na dychę

Moje najlepsze 10 kilometrów w życiu - Bieg Piotr i Paweł 2013

Niedziela 23.06.2013 zaczęła się dla mnie już w sobotę. Pojechaliśmy całą rodziną spotkać się z ochotnikami z klubu "Piotr i Paweł" Marka Formy na Malcie aby przygotować pakiety startowe dla biegaczy. Chętnych do pomocy było sporo - większość też przybyła z rodzinami. Do przygotowania mieliśmy pół tysiąca pakietów plus dodatkowe 50 dla wolontariuszy i "w razie". Ekipa tak ochoczo zabrała się do pracy, że po godzinie mieliśmy koniec. Była godzina 16:00 - na Malcie już krążyli chętni do odebrania numerów, chipów i koszulek w Biurze zawodów.

- "Ja pierdzielę, czy o wszystkim pamiętaliśmy?" - to tylko jedno z pytań, które przemykało gdzieś z tyłu głowy.

O pogodę byłem spokojny - żartowano, że też wykupiłem :-) O 18:00 pod Biurem zawodów była już spora kolejka. Pojawili się już moi pierwsi znajomi. Odebraliśmy swoje numery, jak wszyscy, i pojechaliśmy odpoczywać.

Niedziela 23 czerwca, 7:00
Dzwoni budzik - oczywiście spóźniony dokładnie o 42 minuty. Tradycyjnie już nie śpię od 6:18. Budzę moje dziewczyny - to dla nich też wielki dzień - zgłosiły się jako wolontariuszki na punkt z wodą. Z tego powodu jedziemy na Maltę na 8:30 - trzeba przygotować oba punkty nawadniania. Na miejscu krzątanina, rozstawiają się boksy sponsorów. Nagle ok. 9:00 zaczyna lać - patrzę na zegarek

- "zgodnie z planem" - to już chyba przegięcie, żeby planować deszcz!

Tu będzie ostatni zakręt przed metą - na razie jest basen
Temperatura spada - bez termometru wiem, że to ok. 15 stopni :-) zakładam kurtkę i idę zobaczyć jak wygląda w Biurze zawodów.

Wszystko zgodnie z planem
Zaczynają się pojawiać "moi" zawodnicy. Umówiliśmy się o 10:00 aby zdążyć na 10:15 na oficjalną rozgrzewkę. Numery przypięte - rozgrzewkę prowadzi Fabryka Formy. Pojawia się Mieszko Kwaśniewski - niespełna 15 letni tenisista (czasami razem gramy :-) - reprezentant Kadry Polski Polskiego Związku Tenisa, brązowy medalista Mistrzostw Polski w kategorii wiekowej do 14 lat i trzykrotny zdobywca 3. miejsca w turnieju Masters w kategorii wiekowej do 14 lat (to tylko niektóre jego tytuły). Umówiliśmy się, że pobiegniemy razem - on ma plan prosty - biec ze mną prawie cały dystans i na końcu mi uciec! Razem z jego ojcem - trenerem, traktujemy to jako zabawę bo wiemy, że Mieszko nie biega takich dystansów na co dzień (1km robi poniżej 3 minut!!!) - ale on traktuje ten bieg bardzo poważnie. Rozgrzewamy się więc wspólnie aby nie złapał kontuzji, przy okazji omawiamy taktykę na bieg.

Przedstawiam Mieszka przybyłym biegaczom
Robimy 2 kilometry i udajemy się na start. W tym czasie wolontariusze przenoszą przygotowane przez nas pakiety na linię mety (jest co nosić).

To te, o których tak pochlebnie wypowiadają się internauci
Zależało mi aby trasa miała atest PZLA więc start jest w innym miejscu niż meta. Biegacze zgodnie przechodzą na linię startu a my kończymy rozgrzewkę. Patrzę na zegarek - mamy jeszcze 4 minuty. Pora ustawić się w szeregu. Na starcie spotykam Michała Bartoszaka - też z nami biegnie. Chwilę rozmawiamy we trzech. Ostatnie sekundy odliczania i ... poszli!

Start w okolicy stoku narciarskiego
Dokładnie o 11:00 startujemy. Początek jest pod górkę ale zależało mi na dobrym starcie i złapaniu rytmu. Na szczycie górki mamy tempo 3:15 - już można się uspokoić :-) Tutaj trasa na Endomondo. Po około 500 metrach dołącza do nas Zbyszek - będzie walczył o zwycięstwo. Biegniemy więc we trzech. Złapałem już rytm i biegniemy w tempie między 4:05 a 4:10. Mam świadomość, że po drugiej stronie Malty dostaniemy wiatr "w twarz" (znowu) i trochę nas spowolni. Po 2 kilometrach z kawałkiem jest punkt nawadniania - nie pijemy - to za wcześnie. Szkoda czasu ale pozdrawiamy moje córki, które dzielnie rozdają kubeczki. Mieszko trzyma się dzielnie a Zbyszek depcze mi po piętach. Mijamy 4 kilometr.


Niesamowity doping na końcu pierwszego okrążenia, łapiemy wodę na kolejnym puncie i jesteśmy już na mostku. Połowa trasy za nami. Biegniemy nadal równo, mam wrażenie, że moglibyśmy nawet ciut mocniej. W zasadzie nie rozmawiamy. Przed biegiem umówiliśmy się z Mieszkiem, że kto uzna, że może szybciej - ten biegnie nie oglądając się na drugiego. Oczywiście uprzedziłem go, że od 9 kilometra będę przyspieszał. Ósmy kilometr - bierzemy wodę od dziewczyn (ale szczęśliwe) i zaczyna się ostatnia prosta. Wieje jak cholera ale staram się trzymać rytm bo tempa nie mogę - za mocna ta wichura. Zbyszek nadal nie wyprzedza a zbliżamy się do 9 kilometra. Zaczynam przyspieszać. Mieszko trzyma się dzielnie i też przyspiesza. Słyszę, że numer Zbyszka, który łopotał na wietrze oddala się do tyłu. Powoli szykuję się do finiszu. Tempo 3:45 i nadal przyspieszam. Czuję, że Mieszko już nie nadąża a ja nadal przyspieszam. 3:31 i widzę metę. Teraz pora dać z siebie wszystko dobijam do tempa 2:29 (!) i wiem, że mnie już nie dogonią.

Jest tempo :-)
Chyba za duży ten zapas zostawiam i dla tego nie mogę w "trupa" - ale to pierwszy bieg gdzie nie oddycham nosem :-) Człowiek uczy się całe życie.
Mieszko wpada na metę 7 długich sekund za mną a Zbyszek 21. Mój czas to 42:10 - jestem szczęśliwy. Miejsce w open - 27, w kategorii M40 - ósmy. Medal, pakiet, woda i gratulacje od wszystkich napotkanych znajomych. To najbardziej lubię w bieganiu - satysfakcja na mecie! Tym razem potrójna - Biegacze zadowoleni z biegu a ja wygrywam kategorię pracowników :-)

Jest radość !
Pierwszy raz na "pudle"

z Michałem Bartoszakiem
Impreza udana - wiem, bo czytałem wszelkie możliwe relacje. Za rok powtarzamy koniecznie!