środa, 24 lipca 2013

Mocny tydzień

takiego urlopu się nie spodziewałem...

Wyjeżdżając rano, z rodzinką, nad morze zakładałem, że poniedziałek - jak zwykle będzie wolny - sprawdzam pocztę - trach: BC2 10km. No, pomyślałem - mocno się zaczyna ten urlop - po podróży po polskich drogach, bieganie wśród tłumu na ścieżkach prowadzących na plażę nie napawało mnie optymizmem. Jak zwykle, w głowie, przekalkulowałem warianty treningowe i zaplanowałem: zrobię to wieczorem jak dojedziemy i troszkę się "zaaklimatyzuję" a resztę tygodnia będę biegał rano (!).

Poniedziałek 20:05,
stałem już gotowy do biegu. Po trzech kilometrach rozbiegania zrobiłem rozciąganie - trzymając się dostępnego płotu dla zachowania równowagi. Aż tu nagle:

- "nic panu nie jest?" - słyszę wyraźnie koło siebie, podnoszę głowę i patrzę, stoi kobieta z rodziną i pyta właśnie mnie
- (???!??? WTF)  "nie, wszystko gra" - odpowiadam szybciutko
- "ale na pewno? dobrze się pan czuje?" - nie ustępuje
- "tak, tak - czuję się dobrze. Dziękuję bardzo" - ale minęła chwila zanim się otrząsnąłem.

W tłumie pędzącym na zachód słońca znalazł się ktoś, kogo zainteresował facet zachowujący się "inaczej". Bardzo dziękuję tej pani za okazaną troskliwość. Podbudowany w zupełnie nietuzinkowy sposób ruszyłem dalej w tempie 3:06 :-) a kolejna "dyszka" w średnim tempie 4:24 minęła zaskakująco szybko. Zachód słońca znad wydm, podczas biegu, naprawdę pięknie wygląda - godzina i 16 minut i byłem już po całym treningu. Prysznic, kolacja, "07 zgłoś się" i do spania.

Wtorek pobudka o 7:09,
bez budzika. Banan, woda, godzina na strawienie i w trasę. 15 kilometrów rozbiegania w tym pierwsze 3km z żoną. Na kolejne dni miałem zaplanowane skipy i podbiegi pod górę oraz interwały 1km - miałem więc 12km na ogarnięcie okolicy w poszukiwaniu odpowiedniej górki i stadionu z bieżnią - skąd ja to wytrzasnę?! Puściłem się więc w stronę Kołobrzegu ale niestety, drogę już znałem - płasko jak cholera ani widu ani słychu górki z odpowiednią nawierzchnią o bieżni nie wspominając. Nawrotka i lecę w stronę Koszalina - myszkuję po bocznych drogach i nic. Dobiegam wreszcie po 10km do jakiegoś ogrodzonego płotem terenu, łącznie z zasiekami z drutu kolczastego - "Teren Wojskowy, Military Area ... wstęp surowo wzbroniony" - głosi żółta tablica - i wszystko jasne. Zaraz za nią druga "Impel - agencja ochrony mienia" - uśmiech zawitał na mojej twarzy. Biegnę dalej, zero zabudowań, las się powoli kończy - jakieś budynki, płot, drut kolczasty i ogromne żółte litery na niebieskim tle "Marynarka Wojenna RP" - chłopaki chyba mieli akurat remont albo malowali trawę na zielono. Biegnę dalej, może mnie nie zgarną :-) W pewnym momencie widzę na drodze podkreślony napis, namalowany białą farbą "500". Po jakiejś chwili w podobnej konwencji "1000" - wtedy tknęła mnie myśl - a może to... na następny już wyczekiwałem z niecierpliwością...  i jest! "1500". Dobra zawracam i zmierzę. Pach, kolejny LAP i wracam po śladzie. Dobiegam do "1000" a Garmin pokazuje dokładnie 500m - "yes". Kolejny LAP i przy "500" znów 500m. No, to kilometrowy odcinek już mam. Ciekaw byłem co zastanę i gdzie po kolejnych 500m. Nie byłem zaskoczony gdy w okolicach wjazdu do jednostki wojskowej odszukałem troszkę wytarty znacznik "START" ! Dbają żołnierze o formę :-) Tak trzymać. Spokojnie wróciłem do domu mierząc dystans od znacznika "START" - 3,15km - idealnie.

Środa 6:30,
banan, woda, godzina przerwy i coraz bardziej podoba mi się to ranne bieganie :-) Dzisiaj skipy a ja nadal nie mam górki! Rozbieganie 5km, w trakcie którego muszę odnaleźć odpowiednie 100m. Biegnę w "głąb lądu". Po 2km jest - widok jak z Toskanii. Widzę wzgórze i biegnącą między zbożami dróżkę, po której bokach stały wysokie topole. Wiejący od morza ciepły wiatr potęgował tylko wrażenie błogości. Zmierzyłem odległość - było ponad 100m wzniesienia. Dokończyłem rozbieganie by po kolejnych 3km wrócić w to samo miejsce. Trzy serie po 2 skipy + sprint pod górkę obdarły mnie z godności - jak zwykle zresztą - nawet nie miałem sił by podziwiać widoki. Powroty robiłem w tempie ok. 8:00 min/km i po blisko 12km dotarłem spokojnie do domu. Prysznic, śniadanie i na plażę. Dzieci nie odpuszczały :-) Dobrze, że mieliśmy namiocik, w którym mogłem się przespać by zregenerować się po treningu. O 16:00 plaża w Ustroniu już świeciła pustkami więc mogliśmy napawać się spokojem bez widoków piwa w puszkach i kiełbasy z papieru.

Tuż przed zachodem słońca - woda 'cieplejsza" i brak tłumów
Ostatnie wejście do wody zaliczaliśmy gdy pojawiali się miłośnicy zachodów słońca, grubo po 20:00 :-) Kolacja, prysznic, Borewicz i spać.

Czwartek 7:30,
wstałem standardowo, był też banan, woda ale dzisiaj obiecałem, że pobiegniemy wszyscy. Zanim dziewczyny wynurzyły się z łóżek, ubrały i mogliśmy biec była 9:20. Spokojnym tempem zrobiliśmy blisko 3km - one wróciły do pokoju a ja na ścieżkę rowerową w stronę Kołobrzegu. Tłum ciągnął już na plażę. Parawany, koce, materace, kółka, namioty, leżaki, lodówki, klapki - wszystko migało mi przed oczami aż nie minąłem ostatniego zejścia na plażę. Potem już był spokój - ptaki, las i szum fal :-) Po bieganiu oczywiście też poszliśmy plażować aż do wieczora - standardowo.

Piątek 7:30,
standardowo: banan... :-) i o 8:20 wyszedłem na trening. Dzisiaj emocje duże - właściwie to ogromne, jak zwykle przy interwałach. Nie dość, że plan ambitny to jeszcze dzisiaj wracamy do domu. A tu wiatr jak cholera - no jak może być inaczej! Dobiegam do mojego punktu "START" dwie szybkie przebieżki i jestem gotowy - fizycznie, bo mentalnie guzik prawda. Adrenalina cieknie uszami. Startuję, oczywiście za szybko, Garmin wyje "zwolnij" - tempo 3:20. Faktycznie za szybko ale robię wszystko by nie spalić treningu - udało się: tempo 3:40 niestety o całe 5 sekund za szybkie. "Żebym tylko przetrwał". Po czwartym odcinku już błagam o koniec ale jeszcze trzeba dwa. Biegnę już wolniej (3:42) i zastanawiam się czy wystarczy mi sił na ostatni, który mam pobiec troszkę szybciej niż założone 3:45. Skąd ja biorę tą siłę na końcu to naprawdę nie wiem - 3:41 i wreszcie koniec. teraz już tylko truchcik 4km i możemy pakować się do wyjazdu.

Sobota 19:52,
luzik - 8:00km rozbiegania w Poznaniu. Ale czuję się podmęczony - przypuszczam, że to kwestia upału, który jeszcze nie ustępował o tej godzinie. Jutro "młodsza" wyjeżdża na obóz o 9:45 a ja mam 20km do zrobienia. W upale nie mam zamiaru się męczyć - szybka decyzja: pobiegnę rano jak co dzień w urlopie i spokojne odwieziemy ją na miejsce zbiórki.

Niedziela 6:00,
o kurcze ale chłodno - za oknem 14 stopni - ale za to będzie extra bieg zwłaszcza, że w ciągu dnia ma być 30 stopni. Coraz bardziej podobają mi się te ranne wypady :-) Banan, woda, chwila na strawienie i ruszam. Tak dobrze jeszcze mi się nie biegało - zabrałem też pół banana na trasę i wodę obowiązkowo.
Zacząłem spokojnie 5:45 co nieczęsto mi się zdarza bo zazwyczaj biegnę równo, od samego początku, i tak stopniowo nogi same mnie niosły do przodu. Okolice jeziora Rusałka i Kierskiego są idealne na takie wybieganie. Podziwiam okolicę a Garmin odlicza kilometry "bez celu". W pewnym momencie patrzę na tempo: 4:44 min/km - chyba za szybko ale co tam, biegnę dalej nie zwracając na to uwagi, przecież dzisiaj biegnę dla przyjemności. Po 20km Garmin zameldował - "trening zakończony" - średnie tempo 4:54! Tego się nie spodziewałem, zwłaszcza po tak intensywnym tygodniu. Szybie podsumowanie: 103km - nieźle, jak dla mnie. Jeszcze trzy miesiące temu robiłem tygodniowo ok. 30km.

Niedzielne wybieganie kończę postanowieniem: od jutra biegam rano. Sam jestem ciekaw jak długo wytrzymam :-)

czwartek, 11 lipca 2013

Biegiem na urlop

i przed też - to lato zapowiada się intensywnie.

W ostatni weekend udało mi się z żoną wybrać motocyklem nad nasze morze - odwiedzić dzieci na wakacjach. Oczywiście buty biegowe też z nami pojechały. Nie spodziewałem się, że nadmorskie powietrze o ósmej rano tak wspaniale motywuje do biegania. Szum morza i wiatru w roślinności porastającej wydmy jest zupełnie inny niż ten w Tatrach. Mógłbym powiedzieć - "Ale też jest zajebiście" - parafrazując klasykę filmu polskiego. Skłamałbym. Naprawdę trudno się zdecydować gdzie lepiej. Swoboda powietrza na sobotnim wybieganiu pozwoliła zrobić niesamowity wynik 15km w tempie 5:07 min/km na totalnym luzie - naprawdę sam byłem zdziwiony. Tak właśnie rozpocząłem przygotowania do berlińskiego maratonu. Trzy najbliższe miesiące będą tymi, których zawsze mi brakowało - przeznaczonymi na solidne zbudowanie formy. Mamy raptem 10 dzień lipca a ja na liczniku mam już 80,74km (w tym miesiącu). Można powiedzieć, że jestem w takim stanie umysłu, że wczorajszy bieg ciągły na 10km w temperaturze 31 stopni zupełnie nie robił na mnie wrażenia - gdybym to nie ja biegał. Tempo 4:25 - ok, niech będzie. W domu, po biegu, dopiero przyszła chwila refleksji - to tylko 2 minuty dłużej, na całym dystansie, niż podczas ostatnich zawodów a waga pokazała równiutkie 2kg mniej! A to dopiero początek (oczywiście biegania a nie zrzucania wagi ;).
Patrząc dzisiaj na podsumowanie statystyk stwierdziłem, że przez ostatnie pół roku przebiegłem tyle kilometrów co przez pierwsze trzy lata, razem wzięte, od kiedy to zacząłem biegać. Jak znam życie, w tym roku przebiegnę więcej niż przez wszystkie poprzednie lata razem - a było ich sześć. Najlepsze jest jednak to, że im więcej biegam tym bardziej to lubię. Dlatego już nie mogę się doczekać powrotu do Ustronia Morskiego (a to już w ten weekend) i porannego wyjścia na super ścieżkę, która prowadzi do samego Kołobrzegu. I takiej frajdy życzę wszystkim, którzy biegają - nie tylko podczas urlopu.

niedziela, 30 czerwca 2013

Życiówa na dychę

Moje najlepsze 10 kilometrów w życiu - Bieg Piotr i Paweł 2013

Niedziela 23.06.2013 zaczęła się dla mnie już w sobotę. Pojechaliśmy całą rodziną spotkać się z ochotnikami z klubu "Piotr i Paweł" Marka Formy na Malcie aby przygotować pakiety startowe dla biegaczy. Chętnych do pomocy było sporo - większość też przybyła z rodzinami. Do przygotowania mieliśmy pół tysiąca pakietów plus dodatkowe 50 dla wolontariuszy i "w razie". Ekipa tak ochoczo zabrała się do pracy, że po godzinie mieliśmy koniec. Była godzina 16:00 - na Malcie już krążyli chętni do odebrania numerów, chipów i koszulek w Biurze zawodów.

- "Ja pierdzielę, czy o wszystkim pamiętaliśmy?" - to tylko jedno z pytań, które przemykało gdzieś z tyłu głowy.

O pogodę byłem spokojny - żartowano, że też wykupiłem :-) O 18:00 pod Biurem zawodów była już spora kolejka. Pojawili się już moi pierwsi znajomi. Odebraliśmy swoje numery, jak wszyscy, i pojechaliśmy odpoczywać.

Niedziela 23 czerwca, 7:00
Dzwoni budzik - oczywiście spóźniony dokładnie o 42 minuty. Tradycyjnie już nie śpię od 6:18. Budzę moje dziewczyny - to dla nich też wielki dzień - zgłosiły się jako wolontariuszki na punkt z wodą. Z tego powodu jedziemy na Maltę na 8:30 - trzeba przygotować oba punkty nawadniania. Na miejscu krzątanina, rozstawiają się boksy sponsorów. Nagle ok. 9:00 zaczyna lać - patrzę na zegarek

- "zgodnie z planem" - to już chyba przegięcie, żeby planować deszcz!

Tu będzie ostatni zakręt przed metą - na razie jest basen
Temperatura spada - bez termometru wiem, że to ok. 15 stopni :-) zakładam kurtkę i idę zobaczyć jak wygląda w Biurze zawodów.

Wszystko zgodnie z planem
Zaczynają się pojawiać "moi" zawodnicy. Umówiliśmy się o 10:00 aby zdążyć na 10:15 na oficjalną rozgrzewkę. Numery przypięte - rozgrzewkę prowadzi Fabryka Formy. Pojawia się Mieszko Kwaśniewski - niespełna 15 letni tenisista (czasami razem gramy :-) - reprezentant Kadry Polski Polskiego Związku Tenisa, brązowy medalista Mistrzostw Polski w kategorii wiekowej do 14 lat i trzykrotny zdobywca 3. miejsca w turnieju Masters w kategorii wiekowej do 14 lat (to tylko niektóre jego tytuły). Umówiliśmy się, że pobiegniemy razem - on ma plan prosty - biec ze mną prawie cały dystans i na końcu mi uciec! Razem z jego ojcem - trenerem, traktujemy to jako zabawę bo wiemy, że Mieszko nie biega takich dystansów na co dzień (1km robi poniżej 3 minut!!!) - ale on traktuje ten bieg bardzo poważnie. Rozgrzewamy się więc wspólnie aby nie złapał kontuzji, przy okazji omawiamy taktykę na bieg.

Przedstawiam Mieszka przybyłym biegaczom
Robimy 2 kilometry i udajemy się na start. W tym czasie wolontariusze przenoszą przygotowane przez nas pakiety na linię mety (jest co nosić).

To te, o których tak pochlebnie wypowiadają się internauci
Zależało mi aby trasa miała atest PZLA więc start jest w innym miejscu niż meta. Biegacze zgodnie przechodzą na linię startu a my kończymy rozgrzewkę. Patrzę na zegarek - mamy jeszcze 4 minuty. Pora ustawić się w szeregu. Na starcie spotykam Michała Bartoszaka - też z nami biegnie. Chwilę rozmawiamy we trzech. Ostatnie sekundy odliczania i ... poszli!

Start w okolicy stoku narciarskiego
Dokładnie o 11:00 startujemy. Początek jest pod górkę ale zależało mi na dobrym starcie i złapaniu rytmu. Na szczycie górki mamy tempo 3:15 - już można się uspokoić :-) Tutaj trasa na Endomondo. Po około 500 metrach dołącza do nas Zbyszek - będzie walczył o zwycięstwo. Biegniemy więc we trzech. Złapałem już rytm i biegniemy w tempie między 4:05 a 4:10. Mam świadomość, że po drugiej stronie Malty dostaniemy wiatr "w twarz" (znowu) i trochę nas spowolni. Po 2 kilometrach z kawałkiem jest punkt nawadniania - nie pijemy - to za wcześnie. Szkoda czasu ale pozdrawiamy moje córki, które dzielnie rozdają kubeczki. Mieszko trzyma się dzielnie a Zbyszek depcze mi po piętach. Mijamy 4 kilometr.


Niesamowity doping na końcu pierwszego okrążenia, łapiemy wodę na kolejnym puncie i jesteśmy już na mostku. Połowa trasy za nami. Biegniemy nadal równo, mam wrażenie, że moglibyśmy nawet ciut mocniej. W zasadzie nie rozmawiamy. Przed biegiem umówiliśmy się z Mieszkiem, że kto uzna, że może szybciej - ten biegnie nie oglądając się na drugiego. Oczywiście uprzedziłem go, że od 9 kilometra będę przyspieszał. Ósmy kilometr - bierzemy wodę od dziewczyn (ale szczęśliwe) i zaczyna się ostatnia prosta. Wieje jak cholera ale staram się trzymać rytm bo tempa nie mogę - za mocna ta wichura. Zbyszek nadal nie wyprzedza a zbliżamy się do 9 kilometra. Zaczynam przyspieszać. Mieszko trzyma się dzielnie i też przyspiesza. Słyszę, że numer Zbyszka, który łopotał na wietrze oddala się do tyłu. Powoli szykuję się do finiszu. Tempo 3:45 i nadal przyspieszam. Czuję, że Mieszko już nie nadąża a ja nadal przyspieszam. 3:31 i widzę metę. Teraz pora dać z siebie wszystko dobijam do tempa 2:29 (!) i wiem, że mnie już nie dogonią.

Jest tempo :-)
Chyba za duży ten zapas zostawiam i dla tego nie mogę w "trupa" - ale to pierwszy bieg gdzie nie oddycham nosem :-) Człowiek uczy się całe życie.
Mieszko wpada na metę 7 długich sekund za mną a Zbyszek 21. Mój czas to 42:10 - jestem szczęśliwy. Miejsce w open - 27, w kategorii M40 - ósmy. Medal, pakiet, woda i gratulacje od wszystkich napotkanych znajomych. To najbardziej lubię w bieganiu - satysfakcja na mecie! Tym razem potrójna - Biegacze zadowoleni z biegu a ja wygrywam kategorię pracowników :-)

Jest radość !
Pierwszy raz na "pudle"

z Michałem Bartoszakiem
Impreza udana - wiem, bo czytałem wszelkie możliwe relacje. Za rok powtarzamy koniecznie!

Moje Endomondo

Wrzuciłem tutaj moje wszystkie treningi od 2007 roku i uzupełniam je regularnie. Jeśli masz ochotę, zapraszam do grona znajomych, którzy mogą je analizować na bieżąco.

Link do profilu: https://www.endomondo.com/profile/11028210

ulubione, na górskie trasy

sobota, 22 czerwca 2013

Wielki bieg

mimo, że na dystansie 10km.

To już jutro. Trzy miesiące przygotowań zleciały jak moment. Pewnie nie tylko ja czekam na godzinę 11:00 by wystartować na poznańskiej Malcie w biegu Piotra i Pawła na 10km. Frekwencja bardzo mile nas zaskoczyła a szybkość zapełniania się listy startowej przerosła oczekiwania, nie wspominając ilości przedstawicielek płci pięknej - tu pobiliśmy chyba wszelkie rekordy. Pogoda też nie straszy upałami, jeśli w okolicach startu ma być 18 stopni to rewelacja, biorąc pod uwagę wyczyny termometrów z tego tygodnia. W środę pod wieczór robiłem BC3 przy temperaturze 31 stopni - płynęło po mnie jak pod prysznicem - ale czego się nie robi dla własnej satysfakcji :-)

Moje statystyki potwierdzają, że przygotowywałem się do tego biegu przez 11 tygodni, trenując średnio 5 razy w tygodniu. Opuściłem 3 z zaplanowanych 50 treningów i w sumie przebiegłem 560km i 30 metrów :-) Niestety (ale dobre i to), wydało się, że przez te wszystkie miesiące i lata źle oddychałem podczas biegania. Z niewiadomych mi bliżej przyczyn byłem przekonany, że podczas takiej formy wysiłku fizycznego należy oddychać przez nos. Okazuje się, że moje bóle podczas szybszych treningów i zawodów to po prostu ból przepony spowodowany złym oddychaniem. Prawdopodobnie też, dostarczałem zbyt mało tlenu do organizmu i to w głównej mierze jest największą zagadką - jak ja mogłem właściwie biegać? Jakoś szkoda mi czasu aby to analizować wolę wręcz roztaczać wizję mojego "pędu" podczas maratonu w Berlinie, który jest moim kolejnym kamieniem milowym na tegorocznej mapie startów.

niedziela, 16 czerwca 2013

Film z Biegu Sokoła

Jak obiecałem - jest i film - jako uzupełnienie relacji.

Mimo, że montowałem go tak, by choć w części pokazać atmosferę biegu zdaję sobie sprawę, że jest to niewykonalne. Jeśli nawet muzyka (starałem się :-) oddaje fragment szaleńczego tempa to niestety zapachu deszczu, szumu lasu, przepięknych tatrzańskich widoków, krystalicznego powietrza i odgłosów Tatr nie jestem w stanie oddać. Być może, po obejrzeniu tego materiału też pomyślicie o starcie w tej imprezie - do czego gorąco namawiam. Nie zapomnijcie "podkręcić" głośników i nie zrażajcie się spokojnym wprowadzeniem. Polecam oczywiście wersję HD. Miłego oglądania - a jeśli macie ochotę skomentować - nie wahajcie się.


piątek, 14 czerwca 2013

"Zaginiony w akcji"

Dostaję taki wycisk, że nie nadążam...

Ale po kolei. Koniec maja to dla mnie najbardziej wyczekiwany okres w tym roku. Rozpoczyna się sezon zawodów. Na początek Weekend Biegowy z Sokołem w Tatrach - to wydarzenie, na które czekałem z wypiekami na twarzy. Nie dość, że będę w Tatrach to jeszcze będę biegał po szlakach, które schodziłem w górę i w dół.

Czwartek 30 maja, 15:00
Docieramy do Bukowiny Tatrzańskiej. Pensjonat ten co zawsze więc tylko bagaże zrzucam i jedziemy do Zakopanego odebrać pakiety startowe. Pogoda jak zwykle stabilna, 12 stopni - to coś co uwielbiam :-) Niebo lekko zachmurzone i lekko kropi - nie jestem zaskoczony.

Tu zawsze jest pięknie
 Zaskakuje natomiast, kolejny raz, przyjazne nastawienie ludzi w biurze zawodów. Widać radość z jaką podchodzą do tego wydarzenia - aż przyjemnie obcować w takim towarzystwie. Już mi się podoba. Dla rozeznania pytam ile czasu zajmie najlepszym pokonanie trasy pierwszego dnia zawodów, w biegu Sokoła. "Najlepsi przybiegną w okolicy 2 godzin..., no... może poniżej 2 godzin". Ok, to już wiem, mniej więcej co i jak. Wracamy do pensjonatu. Mapa Tatr w ręce i liczę. Liczę i konsternacja - czas przejścia szlaków, którymi pobiegniemy to 6 godzin 30 minut. O cholera, będzie ciężko. Niby 15,6 km a najlepsi w okolicy 2 godzin. Pojawia się wahanie - czy dam radę w 3 godziny? Postaram się przynajmniej. Co prawda treniro każe się oszczędzać pierwszego dnia ale wyniki idą w świat :-) Zmęczony po trasie z Poznania szybko zasypiam. Środek nocy, budzą mnie jakieś otwierane i zamykane drzwi. patrzę na zegarek 01:10 - o cholera nie pospałem. Żona mówi, że jakaś ekipa dojechała do pensjonatu i rozpoczęli imprezkę. Nie wytrzymała jak zaintonowali na korytarzu "Przybieżeli do Betlejem...". Dobra może zasnę. Dupa - nic nie działa. Woda, korki w uszach. Po prostu "powieka lata" jak mawia Bo i zasnąć się nie da! Czytam do 03:35 nad ranem i wreszcie padam ze zmęczenia. Budzik zrywa mnie o 06:00. Nareszcie.

Piątek 31 maj, 06:15.
Szybkie śniadanie dzięki sympatycznym paniom z pensjonatu "Stasinda" (normalnie od 08:00) i jedziemy do Zakopanego. Strój dobrany, nie było wielu wariantów. Na rondzie łapiemy busa i jazda do Kuźnic. Łyk picia i rozgrzeweczka, truchcik 2km, dwa sprinty i rozciąganie.

Godzina 08:00 już blisko
Jestem gotowy. "Tłum" już się zebrał. Idziemy punkt 08:00 na miejsce startu gdzie organizatorzy nas liczą aby zrobić to ponownie na mecie - z Tatrami nie ma żartów. Krótka odprawa o bezpieczeństwie i rozsądku, śliskich kamieniach i mokrym szlaku.
- "Ja pierdzielę, co to będzie?"
Wreszcie słyszę "START" i "lecimy". Tempo nie jest szaleńcze ale stromy podbieg robi swoje. Praktycznie na samym początku ułożyła się kolejność. Zanim dobiegliśmy po brukowanym podbiegu do Kalatówek już było wiadomo, że łatwo nie będzie.

Początek - droga do Kalatówek
Skręt na "Patyki" czyli podejście na "Ścieżkę nad Reglami" i niektórzy już idą - aż strach się bać. Ja nowicjusz porywam się na takie coś! Staram się biec i wyprzedzać - ilu się da. Dobrze, że zabrałem kamerę - ale będzie film :-) Dobiegam do zakończenia "Doliny Białego" na wysokości 1212m i zaczyna się jazda w dół. Nie sądziłem, że będę tak zapierniczał. Chwilami tempo regularnie poniżej 04:00 !!! - taka jazda, że adrenalina leje się strumieniami - jest po prostu zajebiście. Nie mam czasu patrzeć na Garmina bo w każdej chwili mogę się potknąć. Koniec doliny i widzę bramę. Jest też doping. Szybki podbieg i jestem na płaskim. "Droga pod Reglami" nie trwa długo zwłaszcza, że jest okazja pogadać z innymi biegaczami. Przy wejściu do "Doliny Strążyskiej" - punkt nawadniania - siódmy kilometr. Jest woda, czekolada, banany i super sympatyczni wolontariusze. Normalnie raj na ziemi. Kostka czekolady, łyk wody i biegnę dalej. Zaczyna kropić a ja raczej truchtam. Nie martwię się bo inni robią to samo. Mijam kilku turystów i dobiegam szybko do końca doliny. Jestem na wysokości 1042m - zaczyna się podbieg a raczej ostre podejście na "Czerwoną Przełęcz" do wysokości 1301m - można powiedzieć pionowo.

Zaraz zacznie się ostro w górę
Tu idę, staram się jak najszybciej jak umiem ale idę. Garmin pokazuje 10,37 km, jeszcze ponad 5km - dam radę. W połowie podejścia liczą zawodników:

- "Masz 17 minut straty do pierwszego" - usłyszałem
- "To dobrze czy źle?" -pytam ze zdziwieniem
- "No bardzo dobrze! Dawaj, dawaj"

Na szczycie już nie pamiętam co mówił. Na przemian pada i świeci słońce - jest wspaniale. Nie czuję bólu nóg ani trudów pokonanej trasy. Biegnę. Mostki, głazy, schody - wszystko mijam w locie. Liczę, że się nagra włączając co jakiś czas kamerę. Nagle dostrzegam, że biegnę w miejscu gdzie byłem rano - to "Ścieżka nad Reglami" za "Czerwoną Przełęczą" - znaczy się meta już blisko. Mijam kolejnego biegacza na zbiegu - nie wiem skąd to potrafię - nigdy nie trenowałem zbiegów.

Zbiegi - niesamowita sprawa
Ostry zakręt w prawo i bruk. Jak to bruk? To już? Widzę bramkę na mecie. Ostanie kilkadziesiąt metrów i jestem na mecie. Dostaję medal, wodę, banana i drożdżówkę - najlepszą jaką jadłem :-) Mój czas 1:48:50 - aż sam się dziwię. Miejsce 55, w kategorii M40 - dwunasty. Gdym wiedział, że Garmin mnie dziś oszukuje to bym "przydusił". Może jednak dobrze się stało bo przecież miałem się oszczędzać na jutrzejszy bieg. Ale jestem zadowolony :-)

Warto było
Wieczorem idziemy do knajpy na piwo w Zakopanym  - należy się. Zaczynam "czuć" uda - chyba biegałem :-) Po powrocie do Bukowiny padam i zasypiam.

Sobota 01 czerwca, 04:26
Nie mogę dospać. "Powieka znów lata". Jakoś wytrzymuję do 06:00. Idziemy na śniadanie. Dzisiaj Bieg hrabiego Władysława Zamoyskiego do "Morskiego Oka" na dystansie 10km. Jedziemy do Palenicy Białczańskiej. Na miejscu jesteśmy o 07:15 - dużo czau na rozgrzewkę. Oczywiście pada a temperatura w okolicy 5 stopni. Robię rozgrzewkę - czuję, że będzie "gorąco".

Rozgrzewka
Decyduję się pobiec tylko w koszulce klubowej i tradycyjnie, w krótkich spodenkach. Ostatnie ustalenia z żoną

- "Tak, nie będę szalał i będę na siebie uważał. Ty wsiadaj do bryczki i jedź na górę - tam się spotkamy".

W pierwszej linii - bez kompleksów :-)
Ustawiam się na linii startu, odprawa i starujemy. Tempo niezłe. Cztery z hakiem :-) Po pierwszych ośmiuset metrach nawrotka i biegniemy z powrotem aby zaliczyć pełne 10km wg atestu. Na 2km doganiają mnie dwie osoby i tak sobie równo sapiemy. Cały czas pod górę. Obok mnie biegnie starszy gość - patrzę, koszulka z zeszłorocznego biegu na Kasprowy - spoko myślę, biegnę z zawodowcem. Nadaję równe tempo, nie patrzę na Garmina - jemu góry nie służą. Kieruję się kadencją "na czuja" i ogólnym odczuciem zmęczenia. Jest całkiem dobrze - staram się biec tak na 90%. Rozbiegałem nogi na rozgrzewce po wczorajszym bieganiu, nie bolą. Trzeci kilometr.

- "Taki zapieprz, że nie ma jak pogadać" - zagaduję :-)
- "Nooo" - odpowiada mój towarzysz z uśmiechem

Biegniemy dalej. Czuję, że zostałem zającem ale nie robi mi to. Piąty kilometr - punkt nawadniania. Chwytam kubek i wylewam większość - nie będzie mi potrzebna. Mały łyk i nawet nie zwalniam. Wczoraj doświadczyłem, że pod górę już się tego nie nadrobi. Mój współtowarzysz zwolnił. Obracam się jest 2 metry za mną ale biegnie. Czuję, że będę musiał biec dalej sam. Na siódmym kilometrze mnie dogania. Dwa kilometry pościgu i zaczyna mnie wyprzedzać. Zaczynają się "skróty". Podciągam tempo aby wyrównać do niego. Wiem, że gdybym biegł sam to bym zwolnił by zaoszczędzić siły. Tym razem to ja mam zająca. Niestety - on nie wytrzymuje tempa. Pytam tylko czy "ok?"

- "Ok, biegnij dalej" - słyszę.
 - "No to zostałem sam. Ciekawe co tam u żony?" - jest chwila na myślenie.

Ani się nie obejrzałem jestem na "Włosienicy" - to już niedaleko, jakieś 1,5 kilometra. Koń mnie żaden nie wyprzedził, mam nadzieję, że się z nią spotkam na górze. Mijam jeszcze kilka osób i meta. Zestaw identyczny: medal, woda, drożdżówka :-) Czas 53:01, miejsce 57 a w M40 też identycznie jak wczoraj - dwunasty. Do najlepszego strata 10:48. Znowu banan na twarzy.

Nagroda
Czuję, że jest chłodno. Całą drogę padał deszcz a ja jestem mokry. Idę od razu do schroniska. Mija pół godziny. Gdzie to moje "wsparcie"? - chyba czas wybrać się na poszukiwania. Zostawiam wodę i pół drożdżówki na parapecie w schronisku. Medal w dłoń i biegnę w dół - mijam i dopinguję tych co kończą. Dobiegam do "Włosienicy" - ani śladu żony. Idzie jakaś para. Korzystam z telefonu.

- "Idę pieszo na górę bo bryczka nie jechała a ty czekaj na mnie w schronisku" - słyszę
- "ok" - dziękuję za telefon i puszczam się dalej w dół.

Po ok. 2 km od schroniska widzę ją z daleka. Ale zadowolona :-) Wymieniamy się wrażeniami i kontynuujemy wycieczkę do Morskiego Oka - ciekawe co na to moje nogi? Na miejscu sprawdzam czas - zajęło jej to 1 godzinę 40 minut. Sprawdzamy listę - ostatni zawodnik wbiegł z czasem 1 godzina 30 minut i 46 sekund :-)




Kilka fotek, pijemy herbatę, kończymy drożdżówkę i wracamy. Czuję nogi - uda bolą jak cholera. Łapiemy bryczkę i zjeżdżamy w dół. Wracamy do pensjonatu jest ok. 11:00. Teraz mogę się zachwycać pięknem Tatr.

Tatry o wschodzie słońca. 02 czerwca, 04:46

Brzegi - widok z Bukowiny Tatrzańskiej


Za rok też chcę przyjechać!